Co znaleźliśmy w zamku Slimnic?

slimnic_rumunia (18)

Pierwszy dzień w Rumunii i droga w stronę Sybina. Mijamy wsie, pola, owce czy ludzi, którzy za nic sobie mają przepisy ruchu drogowego. Przypadkiem wjeżdżamy na wzgórze, a asfalt kończy się polną drogą prowadzącą przez pastwisko. Owce są zdziwione, my też. Aż wreszcie wjeżdżamy do małego miasteczka i po lewej stronie widzimy zamek na wzgórzu. Czy to dobry powód, żeby się zatrzymać i zmienić plany? Oczywiście!

Generalnie już po ilości ufortyfikowanych zamków i kościołów w Rumunii można się domyśleć, że w średniowieczu (i nie tylko) tutejsza ludność nie miała łatwego życia. Na Transylwanię każde okoliczne mocarstwo ostrzyło sobie pazury, a lud musiał sobie radzić – i tak stawiano obronne kościoły czy zamki, w których cała wieś mogła schronić się w razie nagłego ataku.

Tak właśnie powstał zamek w Slimnic – nie rezydował tam nigdy żaden książę czy inny możnowładca, mieszkańcy własnym sumptem wybudowali zamek, który miał im służyć jako schronienie. Zamek powstał w XIII wieku, był jednak wciąż rozbudowywany. Doszło nawet do tego, że w jego obrębie rozpoczęto budowę gotyckiego kościoła, nigdy go jednak nie ukończono. W XIX wieku zamek utracił swoje znaczenie i zaczął popadać w ruinę – nadkruszył go upływ czasu i zapotrzebowanie na surowiec do budowy domów wśród mieszkańców. Choć to chyba całkiem dobry objaw, kiedy twierdza obronna zostaje rozebrana pod mieszkalne domy.

I tak ząb twierdzy widoczny nad dachami domów wita nas już przy wjeździe do miejscowości. Podjeżdżamy pod bramę – samo wejście już zachęca!

Jak na twierdzę przystało, musimy przez chwilę wdrapać się pod górę – widoki jednak robią się coraz ciekawsze. Na górze witają nas zabudowania i zaskoczenie – jest bramka, ale nikogo nie ma. Jakoś tak jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, że zwykle w takich miejscach czeka bileterka i ogonek turystów. Bramka okazuje się otwarta – po chwili namysłu wchodzimy dalej.

Widok ze wzgórza na okolicę jest niesamowity, to nasze pierwsze spojrzenie na Rumunię z góry. Popatrujemy na mury od dołu, zaczepiają nas owce, wreszcie docieramy do pierwszych drzwi – ciężkich i drewnianych. Co znajdujemy za nimi?

Po pierwsze, mieszkanie opiekuna zabytku, który na co dzień tutaj żyje i mieszka. Po drugie – warzywniak. Po trzecie – średniowieczne mury.

To połączenie zapada w pamięć. Z jednej strony – pozostałości murów, wąskie okna, nadkruszona cegła, ślady gotyckiej konstrukcji. Wyobraźnia dopowiada sobie, jak to mogło wyglądać – jak te ściany pięły się w górę, być może zaskakiwały agresorów, którzy nie liczyli na budowlę tej klasy i tych rozmiarów w takim miejscu. Przez moment widzimy nawet taki kadr z filmu animowanego, kiedy z ruin starej budowli wyrastają dawne ściany, stropy i wspaniałości, które nie przetrwały tańca z czasem. Zdecydowanie, to byłoby to.

A w kontrze do tego wszystkiego jest warzywniak – kilka grządek schowanych między postrzępionymi murami. Obok niej – zagroda, gdzie gęsi okrzykują nas solidnie, a kury patrzą z zaciekawieniem. Do tego drzewa owocowe, równy trawnik, ogrodowe dekoracje – na szczęście nie z gatunku ogrodowych krasnali, choć to też mogłoby być ciekawe. Przeszłość połączyła się ze zwykłą codziennością – i tak z równym zainteresowaniem obejrzeliśmy grządki, mury czy kraty, zajrzeliśmy też do pozostałości wieży.

Jeśli, będąc kiedykolwiek w Rumunii, chcielibyście zrobić spędzić dzień w spokoju na trawie, rozbić namiot w spokojnym, ale ładnym miejscu – to będzie dobra lokalizacja. Zamek nie jest miejscem, które można zwiedzać przez cały dzień, to raczej punkt do odwiedzenia. Jeśli będziecie w okolicy, warto na pewno tam zajrzeć. Odradzamy jednak raczej całodzienną wycieczkę – patrząc na to trzeźwym okiem, obejrzenie kompleksu zajmie pół godziny, maksymalnie – godzinę. A patrząc okiem miłośnika staroci wszelakich – trochę dłużej, tak, jak nam. 🙂