Iona i Columba’s Bay – za jedną górę, za jedno morze

Untitled design (12)

Jeśli mielibyśmy kiedykolwiek stworzyć listę miejsc, śniących się po nocach – Columba’s Bay na wyspie Iona byłoby na jednej z wyższych pozycji. Morze, góry, a może niesamowita cisza – co urzekło nas najbardziej?

Legendy mówią, że św. Kolumba dlatego zatrzymał się na Ionie, bo z jej brzegów nie widać było brzegów Irlandii. Mała wyspa idealnie nadaje się na pustelnię – z jednej strony droga prowadzi przez morze, od strony lądu natomiast trzeba przejechać Szkocję, płynąć godzinę przez morze, przejechać sąsiadującą wyspę Mull, by po 10-minutowym rejsie promem stanąć na jej brzegu. Wyspa nie jest duża – liczy sobie 8,7 km2 powierzchni, 125 mieszkańców, a większość domów mieści się w pobliżu przystani i tylko nieliczne gospodarstwa można znaleźć wśród łąk czy pod skałami. Taki świat w miniaturze – połączony co prawda z resztą rzeczywistości, ale też odseparowany od niej wodą i wzgórzami sąsiadującej wyspy Mull.

Nas na Ionę przyciągnęła księga z Kells, której historię wybraliśmy na naszego przewodnika. Opactwo, które założył św. Kolumba i w którym powstał manuskrypt, wciąż stoi – wizytę w jego murach zostawiliśmy jednak na koniec, najpierw postanowiliśmy zapoznać się z wyspą, poznać miejsca, które istniały przed św. Kolumbą i przed księgą. I tak też chcemy pokazać wyspę dla Was – zanim wyruszymy na poszukiwanie historii, ludzi i wydarzeń, zobaczmy scenerię, w jakiej wszystko się rozgrywało.

COLUMBA’S BAY, CZYLI MAŁY KONIEC ŚWIATA

Mówi się, że tam właśnie wylądował św. Kolumba, kiedy uciekał z Irlandii w VI wieku n.e. Nie wiemy, co pokierowało drogą świętego – my natomiast do zatoki trafiliśmy zupełnym przypadkiem i dopiero później dowiedzieliśmy się, gdzie spędziliśmy popołudnie.

W południową część wyspy zapuściliśmy się poprzedniego dnia – dotarliśmy na plażę u podnóża gór i podkusiło nas, żeby sprawdzić, co znajduje się za górami. Mapa wskazywała tam wielki obszar bez wyznaczonych dróg, ale z jakimś punktem na samym końcu, wysuniętym prawie najdalej na południe z całej wyspy. Dom, w którym nocowaliśmy, był wyposażony w fantastyczne ilości książek, przewodników i map, wieczorem zatem upewniliśmy się, że jest czego szukać i kolejnego dnia postanowiliśmy tam wrócić – za jedną górę, nad jedno morze.

I tak najpierw szliśmy między domami, później miejsce domów zajęły pola, aż wreszcie wyszliśmy na drugą stronę wyspy, na plażę i tam skierowaliśmy się w stronę góry. Trafiła nam się słoneczna pogoda co prawda, ale ostry wiatr, który trochę utrudniał funkcjonowanie. Chwila wdrapywania się po wąskiej ścieżce, wśród brunatnych, porośniętych skąpą roślinnością skał, wśród zdziwionych spojrzeń pasących się tam baranów – i znaleźliśmy się na szczycie. Co tam zastaliśmy?

Otóż, szczyt naszej góry okazał się płaskowyżem, którego sporą część zajmowało duże jezioro. Tu już zaczęliśmy się czuć trochę kosmicznie – wielkie jezioro przed nami, po jednej stronie góry morze, po drugiej – też coś ciemniało za horyzontem. A obok skały i barany, bo te przecież wejdą wszędzie. Przeszliśmy zatem wąską, bagnistą ścieżkę i dotarliśmy na koniec płaskowyżu. A tam było już wiadomo, że przepadliśmy, bo przed nami rozpostarł się widok na ukrytą między skałami łąkę, wysepki i morze.

Zeszliśmy w dół, mając poczucie, że wokoło jest zupełnie pusto. Na pustkowiu zachowanie człowieka się zmienia – ja, miejskie dziecko, przestałam czuć się pewnie, ale szłam przed siebie. Skały, które widzieliśmy obok, znalazły się nad nami. Łąka, schodząca prawie do morza, wydawała się jakimś nierealnym miejscem – było bardzo cicho, spokojnie i pięknie.

I teraz przychodzi czas na pocieszny akcent naszego spaceru. Wiecie, oboje jesteśmy ludźmi wrażliwymi na tematy fantastyczne. Wychowywaliśmy się na klasyce fantastyki, za dzieciaka wyobrażaliśmy sobie różne rzeczy, a i dzisiaj nie pogardzimy dobrą opowieścią z jakąś cudowną istotą w roli głównej. Do tego przed wyjazdem poza historią księgi i celtyckich mnichów zaczytywaliśmy się też w mitologii irlandzkiej.

I przy tym wszystkim koniec naszego spaceru przez Ionę i Columba’s Bay okazał się cokolwiek baśniowy. Bo przecież było tak: najpierw szliśmy przez pola, później brzegiem morza, przez góry i przez łąkę, aż wreszcie dotarliśmy na plażę, przy plaży była wyspa, a na tej wyspie leżała foka. Jedna. Gdybyśmy byli bohaterami baśni, foka przekazałaby nam jakąś tajemną przepowiednię – ale, że byliśmy tylko parą włóczykijów, niewiele zrobiła sobie z naszego towarzystwa. Leżała i grzała się na słońcu jakby nigdy nic, a my dzieliliśmy z nią widoki na morze i wyspy.

Później, kiedy już dowiedzieliśmy się, gdzie przypadek nas wykierował, zastanawialiśmy, co musiał czuć Kolumba, lądując w zatoce, która nosi dziś jego imię. Czy znał wyspę wcześniej? Jeśli nie, pierwsze wrażenie mogło nie być najlepsze – od tej strony Iona jawi się jako wielka, ponura skała, z rozsianymi tu i ówdzie małymi łączkami. Wersja legendarna mówi o tym, że stąd nie widział wybrzeży Irlandii – a co przekonało go naprawdę? I czy przeczuwał, że za jakiś czas wyspa zatętni życiem za sprawą jego dzieł, a to, co on zacznie, będzie trwało przez kolejne setki lat?

Kiedy z Columba’s Bay wróciliśmy do ludzi, zatrzymaliśmy się w nadmorskim barze, żeby zjeść coś ciepłego. Tam spotkaliśmy Darię, dziewczynę z Polski, która podróżuje po świecie, a na Ionę wraca do pracy. Daria opowiedziała nam trochę o wyspie i o tym, że niewielu odwiedza zatokę, poświęcając najwięcej czasu opactwu. W tym momencie podziękowaliśmy swojej intuicji, że kazała nam się zatrzymać na wyspie kilka dni.

IMG_20160415_172842

Dopiero w ciepłym pokoju zdaliśmy sobie sprawę, że w czasie tego łażenia nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa prawie (pomijając rytualne „Deec, chodź już – no bo jak inaczej?). Szliśmy przed siebie, przez te wszystkie niesamowite i księżycowe krajobrazy, a to wszystko, na co nie ma czasu na co dzień, pracowało w nas. Taka jest moc pustkowi! I tak, jak będąc w Asyżu, zastanawialiśmy się, czy Franciszek byłby święty bez prześladowań ze strony ojca, tak i tutaj nie mogliśmy się odgonić od refleksji, na ile cisza i pustkowia wyspy pomagały mnichom tworzyć manuskrypty, którymi ludzie zachwycają się przez kolejne stulecia.

  • Irlandię kocham za to, że w zasadzie każdy zakątek jest dobry by nakręcić „Wichrowe wzgórza”, a spacerując po niej naprawdę czujesz się jak na księżycu 🙂 Tej wyspy nie znałam zupełnie, więc czytałam z wielką rozkoszą. Czekam na ciąg dalszy …

    • dec&dec

      cieszę się bardzo 🙂 Ciąg dalszy się szykuje i już nie mogę się doczekać, żeby go pokazać. My nie znaliśmy wcześniej tych terenów, ale chyba zdarzyła nam się miłość od pierwszego wejrzenia 🙂