Jak wrócić z podróży i nie zwariować – jedna, ważna myśl

Rumunia, droga z Sebes, Transylwania

Przerabia to każdy – najpierw przygotowania, wielkie emocje, poszukiwania, odkrycia. Później wyjazd i euforia. Później sama podróż – rajskie miejsca, niesamowici ludzi, nieziemskie przygody i adrenalina zamiast krwi. A na koniec: on. Przyznam się Wam, że też go nie lubię – ale jest taka myśl, która sprawia, że boli mniej.

Kiedyś moje powroty odbywały się na zasadzie: o rany, dwa tygodnie w raju, reszta roku w piekle. Później zaczęłam myśleć raczej o czasie podróży jako o pewnej odskoczni i możliwości naładowania energii do tych zadań, które czekają na co dzień. Co się zadziało pomiędzy tymi dwoma stanami?

Po pierwsze, zdałam sobie sprawę, że za każdym razem ktoś lub coś na nas czeka i zwyczajnie jestem potrzebna tam, gdzie żyję. A po drugie – i to już wymaga trochę czasu – zbudowałam sobie świat, do którego naprawdę chce mi się wracać!

Trudno mi określić konkretny moment tego przejścia, ale pamiętam jeszcze czas, kiedy podróż była dla mnie ucieczką. Nie był to jakiś strasznie przyjemny czas życia – pierwsze wybory, pierwsze decyzje, pierwsze zawirowania i kontakt z rzeczywistością, która miała być piękna i wielobarwna, a okazała się szara. Od takiej rzeczywistości można było albo uciec – choćby w podróż, albo się z nią zmierzyć i spróbować przekuć ją w coś swojego. Nie wybierałam wtedy nic, bo nie miałam świadomości tego, o czym teraz piszę – dziś natomiast mogę Wam powiedzieć, że poszłam zdecydowanie w stronę budowania swojego świata tu na miejscu, przy jednoczesnym czerpaniu z podróży tak często, jak to możliwe.

Od razu uprzedzam pytania: nie było łatwo. Nie mam łatwego charakteru, jestem uparta, dość konsekwentnie trzymam się swoich racji, nieczęsto uznaję kompromisy. W szerszej skali to są raczej zalety, ale kiedy na przykład jesteś na humanistycznych studiach i mówisz otwarcie, że w tym kierunku będziesz szukać pracy, otoczenie słucha tego co najmniej z rozbawieniem. Dodaj sobie do tego lokalizację: Białystok i wyobraź sobie, jaki to musiał być rechot. Ten jednak, kto mocno szuka i się stara, wreszcie znajduje to, czego mu trzeba – i tak też było w moim przypadku. Znalazło się kilka zakręconych osób, kilka niesamowitych miejsc z którymi udało mi się stworzyć mój świat tam, gdzie żyję na co dzień.

grecja_thassos

I od tej pory zaczęły się również spokojne powroty z podróży, zawsze trochę smutne, ale też radosne – bo wracam z całą paką niesamowitych historii do miejsc i ludzi, których lubię. I którzy na te historie czekają. I nadal po powrocie rozdzwaniają się telefony, a ja układam grafik, kiedy i z kim trzeba pójść na piwo.

Dlatego tak, jak strasznie cenię sobie czas w podróży i jest on dla mnie zwyczajnie potrzebny, żeby przez resztę roku zasuwać z szerokim uśmiechem do codziennych zadań, tak też nie wyobrażam sobie swojej rzeczywistości bez tych codziennych zadań.

I z tego względu każdy opis naszego naszego bloga zaczynamy od hasła „nie trzeba rzucać wszystkiego, aby podróżować…”. Wręcz przeciwnie: w naszym wypadku działa tylko spokojny balans między codzienną rzeczywistością a magią podróży.

Tak to wygląda u nas – a jak się miewają Wasze powroty?

  • Katarzyna Pieciukiewicz

    Moje powroty bywają bolesne, ale kiedy wracasz, możesz zacząć planować kolejny wyjazd, prawda :D?

    • dec&dec

      nie wiem, czy uznasz to za komplement, ale myślisz jak optymistka 😀

      • Katarzyna Pieciukiewicz

        Juhu:D Zmieniam się! I did it!:D