Jedna rzecz, przez którą nie lubię pisać o podróżach (i druga, dzięki której nadal to robię)

13612247_675385385952040_2329327414709007310_n

Jak się temu przyjrzeć bliżej, trudno chyba o gorsze połączenie. Istota podróżowania i bycia w internecie rozmijają się jak ja i Arek w poglądach na najlepszą pogodę. Od kilku miesięcy jednak zajmuję się tym ochoczo i nie zamierzam przestać. Dlaczego?

Podróżowanie i bycie w internecie to dwie rzeczy, które wymagają zupełnie innych warunków. Podróżując, pakuje się nosa tam, gdzie mało kto zagląda, wypuszcza się na nieznane drogi, na których czyhają korki i błądzenie w najlepszym razie, a w najgorszych na przykład rzeka, która wystąpiła z brzegów czy morze kóz. Sypia się w samochodzie albo pod namiotem, planuje się jedno, ale gdy spadnie deszcz robi się drugie – słowem, w podróży można sobie robić plany ale i tak trasa ułoży je po swojemu. I za to zresztą ją kochamy. Jak do tego pasuje dostępność w sieci, odpowiadanie na komentarze na bieżąco i wrzucanie nowych materiałów? Średnio.

A to dopiero początek tematu! Poza tym, że o dostęp do sieci w podróży jest łatwiej niż trudniej, dochodzi jeszcze druga rzecz: nawet jeśli masz internet, to czy na pewno jest sens, by z niego korzystać w drodze? Życzyłabym wszystkim blogom ze swoim na czele, by miały aktualne i najświeższe notki prosto z trasy, ale u nas w trasie rzeczywistość zawsze przegrywa z internetem. Podstawowy dylemat: czy poświęcić wieczór na pisanie super-świeżej notki prosto z podróży czy… pójść spać, by mieć siłę na kolejny dzień harców po świecie. Idąc dalej: czy napstrykać 100 zdjęć, które będą przebojem na blogu, czy zachowawcze 20, a resztę czasu i uwagi poświęcić na bycie w pełni tam, gdzie się właśnie jest. Mówiąc w przejaskrawieniu: czy zapisywać wrażenia czy przeżywać wrażenia?

dingle_kor
Bo na przykład, proszę Was, czy w takim miejscu można liczyć na internet?

I tak sobie czasem myślę: owszem, mogłabym to tak zorganizować, żeby z każdej podróży zasypywać na bieżąco filmikami, zdjęciami, streamingami i czym tylko jeszcze dusza zapragnie, pokazując, w jakim to niesamowite miejsce trafiłam. Zawsze jednak łapię się na tym, że jest w tym dla mnie coś nie w porządku. I tak to wychodzi ostatecznie, że na czas podróży jest nas mniej w internecie, błądzimy, przeżywamy, wgapiamy się godzinami w niebo i w góry bez połączenia z wi-fi, a później wracamy i opowiadamy Wam być może nie z pierwszej ręki, ale z większym uczuciem i przekonaniem o tym, GDZIE TO KURNA TRAFILIŚMY. Wolimy być tu i teraz w pełni, niż rozłożyć się pomiędzy światem i technologią, troszcząc się o zdjęcia czy filmy. Ślad rozdarcia między dwoma światami pozostaje jednak zawsze i za to najbardziej nie lubię pisania o podróżach.

A za co lubię? To proste!

Za Was <3

Nie wiem, czy też tak kiedyś mieliście, że urodził Wam się w głowie jakiś szalony pomysł, którego nikt w około nie kumał. Wiecie – wpadacie na imprezę, mówicie o czymś, pakując WOW co drugie słowo, a ekipa oznajmia z chłodnym uśmiechem „noo, super”. Trochę tak bywa z podróżami – a jeśli do tego dojdzie uzupełnienie, że łazicie po jakichś starych kościołach i innych ruderach, i spieprzyliście spod wieży Eiffla czym prędzej się dało, to może być ciężko z wytłumaczeniem, co i dlaczego w zasadzie robicie w czasie urlopu.

Odkąd jednak piszemy bloga, problem braku takich samych wariatów jak my zniknął – wiemy, że część wariatów nas czyta, a część podróżuje sama i tak nam się tworzy wariacki kącik inspiracji! Ale jaki to pozytywny kącik! Jasność widzenia wrzuca takie piękne rzeczy, że ja nie mogę, Life Good Morning zaczarowała mnie Bretanią (?), a przez Traveling Rockhopper popatruję tęsknie na Wyspy Owcze. Nieobiektywność wyciąga cuda z podwórek, a patrząc na to, co wrzuca ArchiTrav wiem, gdzie będę szukała zaginionej siostry, jeśli okaże się, że taką miałam. A to dopiero początek listy!

Poza tym, jeśli sie ma duszę opowiadacza historii, w pakieci najczęściej ma się też potrzebę podzielenia się tym, co się zobaczyło. Moi znajomi znają to bardzo dobrze – minę oczarowanej Sylwia, która wraca z podróży i mówi „eeeej! Słuchajcie…” – i tu zaczyna się cała opowieść. Jeśli do tego dojdzie  nieuleczalna miłość do starych legend, historii i miejsc, które je skrywają, połączona z miłością do gadania, wiadomo, że krótko nie będzie, ale będzie ciekawie. Opowieści na żywo uwielbiam – ale pisanie daje mi satysfakcję zatrzymania ich w miejscu, a do tego wszystkiego jeszcze – puszczenia dalej, by trafiały do takich samych wariatów jak ja. I trafiają! 🙂

dec

I z takim pakietem pozytywnych myśli zostawiam Wam na kolejne posty. A jeśli też piszecie o podróżach, to po pierwsze, zostawcie na siebie namiar, a po drugie, dajcie koniecznie znać, jak Wam idzie godzenie świata z internetem 😉

 

  • Pięknie skwitowałaś: „czy zapisywać wrażenia czy przeżywać wrażenia?” – lepiej bym tego nie ujęła. Często chcę na bieżąco zdawać relacje z podróży, ale niestety! Rzeczywistość wygrywa 🙂 Wolę napawać się chwilą i przeżywać ją w pełni. Nie myśleć: o, jeszcze fb, jeszcze insta, jeszcze blog. Trudno? Szkoda? Nie wiem… 😀
    Dziękuję za laurkę! I za możliwość poznania innych osobistości! :-)))