Noclegi we Włoszech: przygoda z autem i końcem świata

Untitled design(5)

Jeśli kiedykolwiek będziecie potrzebować noclegu na końcu świata, gdzie obsługa i tak perfekcyjnie mówi po angielsku – zgłoście się do nas, my Wam znajdziemy! Dziś historie dziwnych miejsc, w których nocowaliśmy, jadąc do Toskanii.

Nauczeni doświadczeniem roku poprzedniego, gdzie spędzaliśmy maksymalnie 2 noce w jednym miejscu, przy Toskanii postawiliśmy na tryb osiadły. Pomijając dojazdy, zorganizowaliśmy na trasie trzy noclegi – jeden dwudniowy, drugi trzydniowy a w trzecim miejscu zatrzymaliśmy się na tydzień.

Czym się kierujemy ogólnie przy wyborze noclegu? Po pierwsze, nie upieramy się na największy standard – hostel jest dla nas miejscem, w którym śpimy i do którego wracamy, więc wiele nam nie trzeba. Po drugiej, miejsce – z reguły jeździmy samochodem, możemy więc wybrać to ciekawsze, ale trudniej dostępne. No i na koniec – internet. Obydwoje pracujemy w internetowych rewirach, nawet w podróży zatem jest nam potrzebny. A dopóki wybieramy poznawanie terenu zamiast śmiesznych kotów na youtube, nie czujemy się specjalnie uwiązani.

HOTEL Z WIDOKIEM NA ALPY

Pierwszym dłuższym przystankiem była Szwajcaria i Liechtenstein. Cenowo noclegi w tym rejonie zdecydowanie przerastały nasze możliwości, a nawet nasz rozsądek (600 zł za noc), decyzja zatem była oczywista – prześpimy w aucie. W internecie znaleźliśmy całkiem sporo pól campingowych oraz informację, że zabronione jest nocowanie w samochodzie ot tak, w jakimś przygodnym miejscu. Jedno wynikało zapewne z drugiego, zdecydowaliśmy się na camping.

I teraz będzie, proszę Was, pocztówka widokowa. Wyobraźcie sobie, że jedziecie cały dzień ze Zgorzelca do Szwajcarii. Temperatura powyżej 30 stopni – na zewnątrz. W końcu po całym dniu zajeżdżacie do małego miasteczka u szczytu wielkich gór, które wydają się być na wyciągnięcie ręki. A w miasteczku, pięknie ogrodzony żywopłotem ze świerków, porośnięte trawą czeka na Ciebie pole campingowe. Pamiętam, że gdy wysiedliśmy, rzuciłam się od razu na trawę – nad nami świeciły gwiazdy, za nami czerniały góry, a z miasteczka dobiegała muzyka – czego więcej chcieć?

Camping znajdował się w miasteczku Buchs, miał różne opcje nocowania – we własnej przyczepie campingowej, w tutejszej przyczepie campingowej, w camperze czy namiocie. Do dyspozycji gości była również kuchnia i gustowna, jak na polowe warunki, łazienka. Nam się nie chciało bawić w rozstawianie namiotu, postawiliśmy na Skodę. I co? Pierwszej nocy dziko zmarzliśmy, bo po całym dniu w dzikiej temperaturze nie przyszło nam do głowy, że to jednak góry i noc może być chłodna. Na drugą noc już ogarnęliśmy kocyk. Siedzenia wygodnie rozłożyliśmy, chociaż mi brakowało miejsca w nogach i miałam taką irracjonalną obawę, że wyrżnę przez sen nogą w klakson. A rano wystarczyło nam tylko skręcić fotele i można było ruszać przed siebie.

Ogólnie zatem nocleg w aucie się sprawdził, spodobał i pewnie uskutecznimy go częściej. Na zdjęciach macie kilka ujęć naszego hotelu z widokiem na Alpy:

NOCLEG NA KOŃCU ŚWIATA

To miejsce mogę podsumować w jeden sposób: jeszcze nigdy tak się nie bałam. Historia tego miejsca zaczyna się w momencie, kiedy wyjechaliśmy ze Szwajcarii w stronę Włoch, z Buchs do Al Begarino, leżącego 20 km za Cinque Terre. Bliżej Cinque Terre nie udało nam się nic znaleźć – wiecie, sierpień i magia przygotowań 2 tygodnie przed wyjazdem. Mieliśmy wyrobić się w jeden dzień, ale nikt nie przewidział, że po drodze widoki mogą być AŻ TAK piękne. Jadąc zatem przez Alpy przystanki organizowaliśmy hojnie i z rozmachem, w efekcie o 21.00, zamiast na miejscu, byliśmy dopiero w Genui – 200 kilometrów przed celem.

W Genui najpierw się zgubiliśmy w jednokierunkowych uliczkach i tłumie: weekend, nadmorskie bulwary, ludzie – to musiało się źle skończyć. Później wjechaliśmy w lokalne, zwykłe drogi – i tu też zaistniał dramat, bo Liguria jest cała wzgórzysta, a zatem drogi były bez mała górskie: wąskie, ostre zakręty i przepaści po stronie pasażera. W dzień może być ciekawie, w nocy trochę gorzej. W jednym miasteczku godzinę przestaliśmy w korku, bo akurat rozgrywało się święto lokalnego patrona – ludzie się bawią, a Ty masz 200 km do łóżka, smuteczek.

Kiedy jednak wjechaliśmy głębiej w ląd, w ciemne wzgórza bez miast i osad, doceniliśmy miasteczka – może i są ludzie, może i dzieje się fiesta, ale przynajmniej jest światło. Błądziliśmy długo – wjeżdżaliśmy w górę i w dół, mijaliśmy jakieś wioski, wyrastające znienacka na szczycie góry, domy, które w nocy wyglądały na co najmniej nawiedzone. Na widok świateł miasteczek wysoko nad nami robiło mi się zimno, bo wiedziałam, że pewnie za chwilę – za o wiele zbyt krótką chwilę – tam się znajdziemy.

Ale najlepsze trasa zostawiła nam na koniec. Kiedy znaleźliśmy Al Begarino w internecie, zaniepokoiło nas trochę to, że ostatnich stu metrów drogi nie pokazywało Google Maps, a i strona właścicieli ostrzegała, że dojazd może być trudny. Trudny to on może był o 10-tej rano – o 2-ej w nocy mało nie zeszłam na zawał. Najpierw parę razy wjechaliśmy w las. Ja mam dużą wyobraźnię, więc cierpię bardzo w takich momentach. Wreszcie dojechaliśmy pod posesję, ale od tyłu – a posesja na szczycie wzgórza, światła domu wysoko nad nami i właściciel przez telefonu mówi nam, że inaczej musimy zajechać. No to zajeżdżamy. Trafiamy nie od razu, ale w końcu lądujemy pod domem. A przy domu dwie drogi – jedna w głąb podwórka, a druga w jakieś zarośla. Pomiędzy nimi drogowskaz na hostel, ustawiony tak, że może pasować do każdej. Wjeżdżamy zatem na podwórko – no raczej nie tu, pusto i cicho. Wjeżdżamy w las – spadek jest duży, ja zastanawiam się, jak wyjedziemy. Przejeżdżamy parę metrów – las gęstnieje, droga się kończy. Wracamy.

Przez telefon dowiadujemy się, że to jednak tam, w ten las. Skoda spływa przekleństwami, kurtyna. O drugiej w nocy trafiamy wreszcie do łóżek.

Pomijając to mocne wejście, Al Begarino okazało się strzałem w dziesiątkę. Położone między wzgórzami, w środku lasu, dalekie od cywilizacji, z pięknym widokiem na góry z balkonu. Spaliśmy w małym, kamiennym domu, w pokoju mieliśmy starą, rzeźbioną szafę, a każdy dzień zaczynaliśmy śniadaniem na tarasie. Oprócz nas nocowała jeszcze rodzina z Francji, z którą my rozmawialiśmy po angielsku, a oni pomagali nam dogadać się z pracującym tam Maximem, który, jak na Włocha przystało, nie za bardzo mówił po angielsku. Do tego jednak u Włochów chyba już przywykliśmy.

Galeria z końca świata:

 Zostało nam do pokazania jeszcze jedno miejsce: wzgórze za Sinalungą, gdzie spędziliśmy cały tydzień. O tym jednak opowiemy Wam w sobotę – sam pensjonat był zabytkowy, położony wśród oliwkowych gajów i wzgórz, więc sami rozumiecie, że zasługuje na swój własny wpis 🙂

My opowiedzieliśmy o naszych perypetiach – a jakie są Wasze przygody z noclegami? Czekamy na historie – te mrożące krew w żyłach i te najmilej wspominane 🙂

  • Czytając wasze teksty, przypomniała mi się wyprawa do Włoch, z przed ładnych paru lat. Całą rodziną, jeszcze ze znajomymi i ich dziećmi. Moi rodzice stawiali na większą wygodę, znajomi na namiot i kemping. Ale klimat był – małe toskańskie miasteczka, długie trasy samochodem. Chyba pierwszy raz wtedy tak daleko jechałam.
    Wracając do noclegów: szykuję się do spisania opowieści nepalskich, więc przytoczę odpowiedni przykład. Dotarliśmy na miejsce naszego wolontariatu, do miejscowości Dulabari. Miejscowość usytuowana przy dużej, międzymiastowej drodze. Hotel dla biznesmenów poruszających się po kraju. Pięknie zrobiony, elegancki parter i zaczęte drugie piętro – widok dość surrealistyczny 🙂 Nas na nocleg tam nie było stać, ale byliśmy umówieni na wynajęcia takiego domku przy hotelu. Dwa pokoje, na 7 osób, dziewczyny oddzielnie, chłopaki oddzielnie. Po wielkim łóżku w każdym pokoju, u nas trzy spały na nim, ja na materacu na podłodze. To co mi się kojarzy z tym noclegiem to zderzenie bogactwa i biedy, przemieszanie ich gustów, z próbą naśladowania kultury europejskiej. Niezwykła mieszanka.
    A i tak najlepsze były widoki <3

    • dec&dec

      ja to najbardziej ubolewam, że moja rodzina zrobiła się w miarę wyjeżdżalna (w miarę, to znaczy najdalej do Wilna), jak już się wyprowadziłam. Ale i tak lepiej późno niż wcale. Nepalu zazdraszczam – mam wrażenie, że czasem ze zwykłej obserwacji ludzi naokoło można się więcej dowiedzieć niż z przewodników 🙂 czekam bardzo na Twoje wpisy, jestem ciekawa 🙂

  • Będziecie mieli co wspominać na starość, to pewne! Ja oddałabym wszystkie wygody i chętnie przespałabym się w aucie za taki widok na Alpy. Dla mnie bomba 🙂

  • Uroczy francuski hotelik. Zarezerwowany pokój. Potwierdzony X razy telefonicznie. Na wszelki wypadek po francusku, żeby nie było problemów. Zapowiedzieliśmy sie na godzinę 18. Jesteśmy. O 18:15 koniec pierwszej serii dobijania sie (dzwonki, telefony, klaksony … krzyki, wrzaski). 18:21 zaczynam śpiewać. 18:22 i pół, zziajany patron wypada z drzwi. Z mokrą głową. Cały jakiś taki nieco rozmemłany. Łajza telefonu nie słyszy, dzwonków, faxów, klaksonów, ale mój zabójczy głos wyciągnął go z pod prysznica. 🙂 Dodam, że utór był w treści nieco obsceniczny.

  • Hanna Walczak

    Świetna historia 🙂 Uwielbiam takie i sama nie raz w różnych sytuacjach bywałam 🙂 Oczywiście zdarzało się spać w aucie (np. nad Balatonem)… albo znaleźć nocleg zupełnie w innym miejscu jak zakładaliśmy, tylko dlatego że popsuł się gps 🙂 Nocowaliśmy na kempingach na Węgrzech, Rumunii i Włoszech… i w każdym miejscu coś ciekawego się przytrafiało. Od lat mamy taki system, że nocujemy w jednym miejscu tylko jedną noc (góra dwie) po czym zwijamy się i jedziemy dalej. Zaraszam do poczytania wpisu o podróży do Włoch, bo trafiliśmy tam na masę pięknych miejsc noclegowych 🙂 http://www.paniwalczak.pl/?pid=12