Skąd brać pieniądze na podróż – lifehack jeden na całe życie

euro-1605659_960_720

Oboje jesteśmy osobami raczej sceptyczno-sarkastycznej natury i dość krzywo popatrujemy na większość motywacyjnych poradników i tekstów o niemożliwym-co-nie-istnieje. W tym wypadku jednak jednym głosem możemy powiedzieć: tak, pieniądze na podróże leżą na ulicy. I jest taka magiczna sztuczka, która sprawi, że z tej ulicy mogą trafić do kieszeni. My już stosujemy!

Na samym początku ustalmy: podróże za darmo to temat z tego samego gatunku co opowieść o podróży Odyseusza, Guliwera czy Hana Solo przez Galaktykę – mianowicie, z gatunku mitów. Można podróżować bardzo niskim kosztem, i owszem, zawsze jednak ktoś musi zapłacić za Twój obiad. A to, że nie jesteś to Ty, nie znaczy, że podróż jest darmowa – po prostu, koszta zostały przeniesione. I pół biedy jeszcze, kiedy faktyczne koszta Twojej podróży pokrywają duże firmy lotnicze czy hotelarskie, bo korzystasz z promocji – gorzej, kiedy te koszta spadają na przykład na mieszkańców turystycznego raju, sprzedających swoje produkty po zaniżonych cenach, by cokolwiek zarobić.

Zanim jednak przyjdzie kolej na promocje, szukanie najtańszych połączeń czy hoteli, jest jeszcze jedna rzecz, która nie dość, że pomoże uskubać fundusze na podróż, to jeszcze przyda się w codziennym życiu. Nie jest to łatwa recepta, którą da się sprzedać w pięcioakapitowym poradniku – ale takie recepty cenimy sobie najbardziej.

Otóż, jeśli chcesz znaleźć kasę na podróże (i to we własnym portfelu!), przemyśl swoje priorytety.

W pewnym momencie przychodzi chyba taki moment (niektórzy nazwą to dorosłością, a inni zramoleniem, ale tych nie słuchamy), kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać nad pieniędzmi. U nas taki moment przyszedł: najpierw wydawaliśmy po prostu, a później zaczęliśmy się zastanawiać, na co tak w ogóle wydajemy. I czy potrzebujemy tych wszystkich rzeczy które kupujemy. I teraz jest to miejsce w tekście, przy którym całe to zbiegowisko rzeczy, które Ciebie otacza, czuje zimny powiew śmierci na karku, mamy bowiem dla Was smutną prawdę – część z tych rzeczy nie jest Wam wcale potrzebna. A w domowym budżecie prawdopodobnie jest już działka, którą bez szkody można by przeznaczyć na podróż, a którą co miesiąc pożerają koszty z gatunku „miałem 50 złotych, wydałem i nawet nie wiem, na co”.

Dalecy jesteśmy od moralizowania, bo nawet introwertyk Arek twierdzi, że nie ma nic lepszego niż dobre wino z dobrymi ludźmi – niemniej jednak od jakiegoś czasu staramy się wydawać pieniądze świadomie i w ten sposób zmieniać swoje życie. I tak skończyło się kupowanie ciuchów, które „do końca mi się nie podobają, ale może kiedyś założę”, imprezy z miasta przenoszą się powoli do domu (i wreszcie można pogadać na spokojnie), a wyposażenie mieszkania kupujemy nie wtedy, kiedy nam się coś spodoba, tylko kiedy popsuje się to, co mamy. Remont? Zrobimy go pewnie za kilka lat, jak trzeba będzie odświeżyć kolor ścian i zmienić meble, bo ząb czasu odciśnie się na nich za bardzo. Do tego momentu jednak nie ruszamy niczego, choćby wszystkie katalogi i pisma wnętrzarskie nakazywały inaczej.

W tym też poszedł ruch w drugą stronę –  to myślenie o tym, na czym można by zaoszczędzić, przeszło z czasem w aktywne ograniczanie przestrzeni. Przez kilka lat wspólnego mieszkania zdążyliśmy obrosnąć tak zwanym pierdoletem – w tym roku zrobiliśmy solidną czystkę i rozdaliśmy/wyrzuciliśmy dosłownie połowę tego, co mieliśmy. W efekcie na przykład ja mam dwie eleganckie sukienki na krzyż – ale wiecie, jak to ułatwia sprawę, kiedy wiadomo, w co się ubrać na ważną okazję, bo jest jedną elegancka sukienka na stanie?

Oczywiście, jest to kwestia wyboru. Nam bez większego żalu przyszło rozstać się z rzeczami, ograniczyć kupowanie nowych i stać się parą żelaznych terminatorów, nieczułych na niechciane promocje. Wiemy, jaki stoi za tym cel – jednym z naszych priorytetów są podróże i poznawanie świata, a zachwyty rodziny na widok naszej nowej łazienki czy kanapy znajdują się naprawdę daleko na liście rzeczy istotnych. Gramy więc tak, by z najważniejszymi priorytetami być w porządku, a te mniej ważne – no trudno, nie rozdwoimy się.

Ale czy zawsze warto sprzedać wszystko czy okroić finanse, by podróżować? Nie, nie zawsze – i tego zdania przekornie będziemy bronić, choć tutaj pisze się o podróżach. Podróżniczy couching zostawiamy jednak w tej samej sferze, w której znajdują się podróże Hana Solo i mówimy otwarcie – bardziej Wam po drodze z eleganckimi wnętrzami niż podróżami? Dajcie sobie spokój i nie błąkajcie się po świecie. Nie szukajcie w sobie na siłę duszy podróżnika – znajdźcie natomiast to, co Was kręci i to zróbcie priorytet, pod który będziecie grać z finansami.

I tak to u nas powoli działa – z jednej strony jest mniej po to, by po drugiej stronie było więcej, jest trochę kombinowania, oszczędzania i cięcia kosztów. Nie zawsze jest łatwo, nie zawsze wychodzi, ale kiedy pasja nie daje spokoju, my nie żałujemy wysiłku. Raczej nie grozi nam bycie modnymi czy eleganckimi, a Skody raczej nie zamienimy na Jaguara – ale wiemy, o co gramy w zamian. A znać kierunek to przecież prawie połowa sukcesu.

 

projekt-bez-tytulu-1