Półwysep Dingle i 3 perełki, napotkane w deszczu

dingle

Są takie miejsca, w których człowiek zastanawia się, czy jednak świat nie kończy się w pewnym miejscu przepaścią i opadającymi w ciemność wodami – tak jednym zdaniem moglibyśmy podsumować Dingle, półwysep na zachodnim brzegu Irlandii. Jeśli chcecie zobaczyć kawałek innej rzeczywistości – zapraszamy!

Dingle zawsze będzie nam się kojarzyć z trzema rzeczami: z nocą, z deszczem i z zielenią.

Z nocą, bo całą noc jechaliśmy na półwysep. O 23.00 ruszyliśmy z Dublina jak dwa małe nieszczęścia, bo była to nasza pierwsza randka z ruchem lewostronnym i tak nas natchnęło, żeby zrobić to bez świadków. Przejechaliśmy pół Irlandii nocą, po drodze spędziliśmy chwilę na stacji, gdzie umililiśmy czas sprzedawczyni, która zapytała nieopatrznie o to, kim jesteśmy i gdzie jesteśmy (well, it’s a long, long story…) . O czwartej rano przespaliśmy się w aucie na stacji benzynowej, ale wiecie – kwiecień w Irlandii, to nie był pomysł życia. A gdy tylko zrobiło się jakkolwiek jasno, powitały nas już kosmiczne okolice Dingle.

Z deszczem, bo choć randka z ruchem lewostronnym zakończyła się sukcesem, to jednak romans z pogodą nie wyszedł nam totalnie. Miało to swój urok – po kilku godzinach przestało nam obchodzić, jak bardzo jesteśmy mokrzy, natomiast dzikie okolice Dingle w sztormowych okolicznościach robiły konkretne wrażenie. No i ta zieleń – wiosenna, deszczowa, odbijająca się w każdym elemencie przestrzeni – najlepiej!

Półwysep Dingle to miejsce niezwykłe z kilku względów. Po pierwsze – przyroda. Najdalej wysunięty na zachód, miejsce, gdzie wzgórza schodzą się z morzem, a z brzegów widać wyspy Blasket, niezamieszkane od 1950 roku. Złóżmy to w jedną całość: klify, wyspy, zielone wybrzeża, morze, wzgórza na wyciągnięcie ręki. Czy trzeba czegoś jeszcze? A i owszem.

dingle

Takie miejsca mają jedną, wspólną cechę – nakręcają wyobraźnię ludzi. I tak z półwyspem Dingle wiąże się wiele irlandzkich legend, jak chociażby ta o olbrzymie Finnie, który walczył ze szkockim wielkoludem, aż wreszcie zapadł w sen, zasmucony tym, że ludzie uciekają na jego widok. Wiadomo też, że tam, gdzie pojawiają się niezwykłe okoliczności przyrody i legendarne historie, tam ciągną niespokojne duchy różnego gatunku – i tak okolice Dingle są uznawane za nieformalną kuźnię poetów i pisarzy.

Mamy wrażenie, że w tych okolicach każdy może znaleźć coś dla siebie. A jakie obrazy my wywieźliśmy z Dingle? Popatrzcie na nasze trzy perełki.

PO PIERWSZE, KUŹNIA MOCY

To było niezłe, a raczej niepedagogiczne. Na to miejsce trafiliśmy przypadkiem – jechaliśmy całkiem porządną, asfaltową drogą, która w pewnym momencie zakręciła w lewo. W prawo natomiast odchodziła jakaś niewielka ścieżyna, która na nasze oko biegła w stronę morza. Podkusiło? Podkusiło!

Na końcu dróżki napotkaliśmy trzy rzeczy – stada krów i owiec, rozsiane po zielonych polach, malutki parking i… kuźnię mocy! Wszystko tu huczało i szumiało, deszcz zacinał, fale rozbijały się o skały i wdzierały się na piaszczysty, a my po prostu staliśmy i patrzyliśmy.

Co i Wam polecamy teraz:

PO DRUGIE, SLEAD HEAD

Na początku była zatoka – zielona od strony pól i zielona od strony wody. Po jednej stronie wyspy na horyzoncie, po drugiej małe wsie zagubione w zieleni pól. Gdyby nie deszcz, można by spokojnie złapać za koc i siedzieć, gapić się cały dzień. Ale i z deszczem upłynęło nam tam sporo czasu i to, tak jak zwykle w takich miejscach – nie wiadomo kiedy.

Takim samym „nie wiadomo kiedy” wpadł nam w oko punkt Slea Head. Rozejrzeliśmy się by sprawdzić, dokąd będzie nas prowadziła dalsza droga, a kiedy w oddali spostrzegliśmy jakiś skalny cypelek, który zawisł nad morzem, zrozumieliśmy, że droga poprowadzi nas właśnie tamtędy.

I tak trafiliśmy na Slea Head – najdalej wysunięty kraniec regionu. Mewy, wyspy, skalny masyw – takie morze lubimy najbardziej.

PO TRZECIE, PLAŻA INCH

Ponoć latem jest to ulubione miejsce surferów. Wczesną wiosną natomiast kręciło się raptem kilkoro wariatów, opatulonych szczelnie od góry do dołu oraz jeden rudy, całkiem tłusty, kot. Plaża z górami na horyzoncie od pierwszego momentu przeniosła nas do innego świata – bo czy nie te ośnieżone stoki za pasmem wody nie wyglądają jak wyjęte żywcem z jakiejś legendy?

Tego typu miejsca na całym świecie mają jedną, wspólną cechę – będąc w nich trochę zapomina się o całym świecie, a trochę ucieka w siebie. I tak nam właśnie minął czas na Dingle. Choć półwysep znajduje się na zachodnim brzegu wyspy, od Dublina dzieli go około 400 kilometrów. Jeśli planujecie zawitać w tamte strony, my możemy tylko podszepnąć, że warto zrobić taki skok w bok. Półwysep prawdopodobnie pokaże Wam się w zupełnie innej aurze niż nam (jakiej – któż to wie?), ale i tak będzie magicznie!