Transylwania – nie tylko wampiry?

Harman (9)

Kiedy po raz pierwszy wpadł nam do głowy pomysł podróży po Rumunii, a konkretnie Transylwanii, odruchowo wręcz pomyśleliśmy o wampirach i Drakuli. W drugim odruchu pomyśleliśmy: nie. Czy naprawdę nie ma nic innego, z czym ten rejon może być kojarzony, niż tylko mityczne stwory i pół-legendarny hrabia? Zaczęliśmy szukać. I znaleźliśmy.

 W zasadzie pierwsze wzmianki o mniejszości niemieckiej znaleźliśmy w książce Roberta Kaplana „Bałkańskie upiory”. Zaintrygowało nas to na starcie – jakby nie patrzeć, niemiecka mniejszość jest jedną z ostatnich rzeczy, o którą podejrzewalibyśmy Rumunię, a i geograficznie nie widać ku temu zbyt wielu powodów. Skąd Niemcy, zwani w tamtych stronach Sasami, znaleźli się w Rumunii?

Wersje są dwie: pierwsza, historyczna, mówi o tym, że to średniowieczny król Gejza II sprowadził saskich osadników, aby zaludnili wschodnie rubieże ówczesnych Węgier wzdłuż granicy z Bizancjum. I tak Sasi założyli tam siedem miast – stąd nazwa Siedmiogród lub Siebenbuergen. Ślady widać po dziś dzień – praktycznie każda nazwa miejscowości w Transylwanii ma swój niemiecki odpowiednik, odznaczany na drogowskazach. Kluż-Napoka to Klausenburg, Braszów – Kronstadt, Sybin – Hermannstadt. Są także kurioza – na przykład mała wieś Feldioara, której niemiecka nazwa brzmi Marienburg, tak, jak niemiecka nazwa Malborka.

13590300_672342002923045_5762378783896195442_n (1)
Dziś Sibiu, niegdyś Hermannstadt.

Jakie były losy Sasów? Do budowania kolonii podeszli ze stereotypowym, niemieckim zacięciem – tworzyli miasta samowystarczalne, zwarte, nie byli zbytnio skorzy do kontaktu z Rumunami, Żydami czy Węgrami. Reformacja protestancka tylko pogłębiła w nich świadomość i dumę z niemieckich korzeni – zupełnie, jakby oddalenie od rodzimego kraju wzmagało w nich poczucie przynależności do niemieckiej wspólnoty narodowej, co zresztą mogło być też reakcją obronną. W czasie wojny w większości opowiedzieli się po stronie Hitlera, co sprawiło, że w latach powojennych zaczęły się masowe prześladowania. W efekcie dzisiaj po siedmiogrodzkich Sasach zostały w Transylwanii głównie ślady – ale za to jakie ślady! Miasta dawnego Siedmiogrodu pełne są barokowych perełek, Sybin, Braszów czy Kluż-Napoka zachwycają do dziś, a i w małych już dzisiaj miasteczkach, zaspanych miejscowościach, można znienacka znaleźć solidną, gotycką katedrę.

Jest jeszcze druga wersja historii o pojawieniu się Sasów, tym razem legendarna. Według niej siedmiogrodzcy Sasi są potomkami dzieci wyprowadzonymi przez szczurołapa z miasteczka Hameln. Kiedy w Hameln zalęgły się szczury, rada miasta poprosiła wędrownego grajka o pomoc. On wywiódł je do rzeki za pomocą gry na fujarce, ale nie otrzymał zapłaty za swoją pracę. W akcie zemsty zaczarował dzieci z Hameln swoją melodią i wywiódł je pod ziemię – i tu jedna z wersji legendy dokłada, że spod ziemi dzieci wyszły właśnie w Siedmiogrodzie.

Jakby nie było, historia niemieckiej mniejszości, której już nie ma, zafascynowała nas do tego stopnia, że wiedzieliśmy jedno: tak, chcemy ruszyć tym szlakiem. Może jest to inna droga, może ominiemy przez to kilka turystycznych przebojów, ale wizja podróży przez małe miejscowości i łapania śladów świata, którego już nie ma, skusiła nas o wiele bardziej. Bo przecież, jakby nie patrzeć, to robimy najczęściej.

13566925_672350109588901_596204641727637508_n

 

ŚLADY SZCZUROŁAPA

Podróżując tym tropem, udało nam się dotrzeć do różnych miejsc – do barokowych miast (Sybin, Braszów), do warownych kościołów (Harman, Prejmer), do miasteczek, które kiedyś były potęgami, a teraz śpią spokojnym snem prowincji (Sebes, Orastie). Przejechaliśmy też trochę wsi, kilka razy się zgubiliśmy, kilka razy wjechaliśmy w sam środek wiejskiego wieczoru, mijając całe rodziny, które rozsiadły się pod domami, spoglądały na nas z zainteresowaniem. Było w tym wszystkim jednak kilka momentów, w których ten ślad dawnego świata napotykaliśmy z wielką wyrazistością.

SYBIN, CZYLI IMIONA PRZY GROBACH

Po pierwsze, Sybin. Do Sybina przyjechaliśmy po raz pierwszy popołudniu – zrobiliśmy spacer po jego trzech centralnych placach, obserwując popołudniowe życie miasta. Zajrzeliśmy do sybińskiej katedry – przejrzystej, barokowej – wyszliśmy bez większych emocji. Później na drodze napotkaliśmy gotycki kościół ewangelicki i tam zapadliśmy na dłużej. Piękna była jego cisza i półmrok, intrygujące były jego zdobienia czy witraże, ale dopiero, kiedy przeszliśmy do jednego z pomieszczeń, gdzie mieściły się grobowce dawnych, zasłużonych mieszkańców, poczuliśmy, że stajemy z przeszłością oko w oko. W odróżnieniu od kościoła, ta sala była jasna, jej ściany zajmowały rzeźbione tablice nagrobne, z których każda opowiadała swoją historią, a przy każdej wisiała tabliczka z imieniem, nazwiskiem i latami życia. Witaliśmy się zatem z Dorotheami, Lisami, Peterami, a daty wskazywały na to, że dość długo czekali na nasze przyjście – pojawiały się grobowce nawet z XVII czy XVIII wieku.

HARMAN, CZYLI TWARZE Z DOKUMENTÓW

Po drugie, Harman. W Harman mieści się warowny kościół – jest mniejszy i niezbyt rozbudowany, cele wpuszczone w mur przetrwały tylko z jednej strony i ciągną się do wysokości pierwszego piętra. Co za tym idzie, jest mniej uczęszczany, a i też modelowa budowla tego typu, o wiele większy kościół w Prejmer, ściąga też zapewne większość gości zainteresowanych tym tematem. My jednak trafiliśmy najpierw do Harman i była to bardzo dobra rzecz, mogliśmy bowiem spotkać się z historią w ciszy.

W Harman wszystko było urzekające – malutkie cele z drzwiami i oknami, niewielki kościół, zieleń naokoło i cisza. Najbardziej jednak poruszyło nas muzeum, urządzone w kilku celach, gdzie odtworzono realia życia rumuńskich Sasów: salę szkolną, jadalnię, sypialnię czy pokój gościnny. Nie spodziewaliśmy się tego mikroświata, pełnego starych rzeczy, które zdecydowanie przetrwały swoich właścicieli i rzeczywistość, w której powstały. W sali szkolnej wisiała stara mapa, z porządkiem świata zastygłym od XIX wieku, pokoje domowe urządzone były z tą skrupulatnością, dbałością o detal jakiej już się nie znajdzie w czasach wnętrz z Ikei. A do tego – dokumenty! Na ścianach wisiały najróżniejsze dokumenty – świadectwa szkolne, świadectwa ślubu, czy akty własności, czy dziennik z ocenami uczniów, dzieciaków, które dawno przeżyły już swój czas. Zaglądałam po kolei w twarze z przeszłości, starałam się rozszyfrować gotyckie litery – wnętrza sprawiały wrażenie, jakby właściciele mieli zaraz tutaj powrócić, a przedpołudniowa cisza w starych murach potęgowała wrażenie cofniętego czasu.

ORASTIE, CZYLI HISTORIA I OSTATNI ŚWIADEK

W Orastie rozegrała się historia, która po czasie jest jednym z najmilszych wspomnień z tej podróży. Otóż, znajduje tam się katedra – a w zasadzie dwie katedry, starsza i młodsza – które chcieliśmy zobaczyć. Miejsce na przestrzeni wieków służyło różnych religiom, był nawet czas, że urzędowali w niej jednocześnie unici, ewangelicy i katolicy. Kiedy zajechaliśmy do sennego miasteczka, które kiedyś było lokalną potęgą, okazało się, że wejście do katedr jest zamknięte, ale akurat kręcił się w pobliżu administrator. Dalej – czysta sielanka. On nas wpuścił, myśmy weszli, on z małej komórki przyniósł nam przewodnik, zaczął opowiadać… Był tylko jeden szkopuł: mówił po rumuńsku. A my jednak rumuńskiego nie rozumieliśmy – a na pewno nie w takim stopniu, by rozmawiać o gotyckich katedrach.

Okazało się jednak, że podstawowa znajomość historii miejsca z polskiego przewodnika, kilka słów tak samo brzmiących w europejskich językach i sprawna gestykulacja, połączona z solidną ekspresją, wystarczą, by zrozumieć opowieść. I tak słuchaliśmy o kimś, kto uwięziony w kościele, zrobił podkop aż za mury i się wydostał, o ludziach uwięzionych pod zrujnowaną już absydą, o gotyckich detalach, które przetrwały zawieruchę dziejów… Okazało się również, że w jednym z kościołów pracuje właśnie młody Węgier, który zna angielski. Nie był stąd, więc nie mógł nam powiedzieć nic o kościele, natomiast opowiedział o swojej pracy – jeździł po okolicznych miejscowościach i zbierał z takich właśnie opuszczonych miejsc dokumenty ewangelików na potrzeby fundacji, dbającej o ich upamiętnienie. Porozmawialiśmy chwilę o tym, jak niemiecka mniejszość zniknęła bardzo szybko kilkadziesiąt lat temu i nikt nie wie gdzie, o tym, że kilka kilometrów dalej jest ewangelicki cmentarz, przez który puszczono autostradę, nie dbając w ogóle o upamiętnienie zniszczonych przez to grobów. Rozmawialiśmy w kurzu starych dokumentów o tym wszystkich, a ja myślałam sobie, że jednak wszędzie można znaleźć wariatów, zapatrzonych w przeszłość.

Nie rozmawialiśmy jednak tylko o przeszłości – w starszej z katedr administrator pokazał nam organy, a kiedy okazało się, że Arek umie na nich grać, panowie ucięli sobie krótki koncert. Wystarczyło im języka i ekspresji na tyle, by ustalić, który uczył się grać z nut, który jest samoukiem i jakie jeszcze instrumenty znają. I było w tym coś niesamowitego, że na koniec naszej spaceru po zarośniętym ogrodzie z katedrami mogliśmy napełnić jedną z nich muzyką, śmiechem i rozmowami o pasji.

Czy to wszystkie ślady Szczurołapa, jakie napotkaliśmy? Oczywiście, że nie. Był jeszcze Czarny Kościół w Braszowie, gargulce na katedrze w Sebes, warownia w Prejmer czy gotycki zamek w małym Slimnic. W tych trzech sytuacjach zobaczyliśmy jednak ten trop szczególnie wyraźnie, złapaliśmy rąbek minionej rzeczywistości. I jest to może trochę upór wariata, ale im więcej spotykamy takich miejsc, tym bardziej widzimy, że warto ich szukać – choćby po to by przekonać się, jak bardzo wielobarwna przeszłość stoi u podstaw naszej teraźniejszości.

Ten tekst jest pierwszym z cyklu opowieści o naszej najnowszej podróży: po Transylwanii, greckiej wyspie Thassos i włoskiej Wenecji Friulijsko-Julijskiej. Kolejne już wkrótce! 🙂