Trasa Glasgow-Iona, czyli jak stracić serce dla 200 kilometrów

Glasgow-Iona

Ta droga miała być dystansem do pokonania, a nie oddzielną atrakcją. Kilometrami, które trzeba pokonać do wymarzonego celu, a nie celem samym sobie. Ale czy wspominaliśmy już Wam, jak bardzo zaskakujące bywają podróże? Dlatego dziś zapraszamy na opowieść jednej z piękniejszych tras, na jaką kiedykolwiek trafiliśmy.

Glasgow od Iony dzieli 222 km. Umówmy się, nie jest to dużo. Można by powiedzieć – to całkiem blisko. Ale kiedy drogę dwa razy przecina morze, sytuacja trochę się komplikuje. A kiedy do tego dojdą jeszcze godziny promowych przepraw i inne formalności, sytuacja komplikuje się trochę bardziej. A kiedy na koniec natura dołoży swoje pięć groszy, czarując krajobrazami i zmuszając do zatrzymywania się co krok – wtedy dystans 222 kilometrów zajmuje calutki dzień, a na ostatni prom zdąża się z językiem na brodzie. Tak było!

glasgow-iona

Do pokonania mieliśmy następującą trasę: z Glasgow do Oban, następnie promem do Craignure i przez całą wyspę Mull, aż do Fionnphort. Ja miałam bardzo prosty pomysł na tą drogą – opatulić się w koc, najeść się leków przeciwgorączkowych i spróbować choć trochę podkurować przeziębienie, z którym wyjechałam z Irlandii. Odpowiadam już teraz: NIE WYSZŁO.

Glasgow-Iona

Już za Glasgow dociera do mnie, że z takimi widokami za oknem oka nie zmrużę. Najpierw wjeżdżamy w wiosenny świat nad Loch Lomond, jednym z większych jezior w Szkocji. Drogi są wąskie i kręte, drzewa nad nimi nastrojowe a jezioro tuż obok – tajemnicze, jak na szkockie jezioro przystało.

W takich okolicznościach docieramy do Oban, małego, nadmorskiego miasteczka. Pierwszym, co nas w Oban wita, jest polski sklep, do którego zaglądamy z ciekawości. Najlepsza rzecz, jaką stamtąd wynosimy, to zdecydowanie zdziwienie na twarzy sprzedawcy – słysząc, że na urlop wybraliśmy się w te okolice, i to jeszcze na Ionę, mierzy nas okiem z rozbawieniem. W Oban dostajemy się na prom, a tam ja już zapominam totalnie o jakimkolwiek przeziębieniu – krążę między kawiarenką, z okiem której można podziwiać widoki, a zewnętrznym pokładem, na którym cokolwiek wieje. Okolica bajeczna – przed nami morze, po jednej stronie brzeg, po drugiej stronie góry na horyzoncie, wyspy samotne albo z ruinami zamków. Jeśli w biegu codzienności zapomina się czasem o dziecięcym zachwycie, to takie okoliczności przypominają o nim skutecznie.

Wysiadamy w Craignure i tam zaczyna się najlepsza część naszej trasy – wyspa Mull. Jeszcze tego nie wiemy, ale niepozorna Mull zrobi na nas szalone wrażenie, kiedy tylko wjedziemy w jej głąb. Na razie wyjeżdżamy z malutkiego Craignure. Drogi najpierw są po prostu niezbyt szerokie i prowadzą przez zabudowania, a później zwężają się zupełnie i wyprowadzają nas w sam środek górskiej pustyni. Samochody mijamy bardzo rzadko, a jeśli już, to wtedy któryś z kierowców zatrzymuje się w specjalnej zatoczce, by ten drugi mógł przejechać. Zatoczki można znaleźć często, co kilka kilometrów, nie wygląda  to zatem chaotyczne rozwiązanie, a raczej element planu. A widoki? Góry, jeziora, czasem morze – popatrzcie sami!

I tak, kiedy już jesteśmy pewni, że nic lepszego nas nie spotka, wyjeżdżamy na drugą stronę wyspy, znów nad morze. Do czego tam dochodzi? Otóż, dochodzi do kapitulacji. W obliczu takiej ilości krajobrazowego dobra odpuszczamy pokrzykiwania zachwytu, pogawędki i inne takie – jak dwa dzieciaki w kinie gapimy się przed siebie i chłoniemy to wszystko. No, Arek jeszcze też prowadzi 😉

img_20160413_155618

Do Fionnphort dotarliśmy z różnymi wrażeniami, a myśl o drodze powrotnej cieszyła jak nigdy. Tamtędy? Proszę bardzo, tak to można wracać! Na promie w Fionnphort ostatnie kilometry, ostatni kawałek morza i lądujemy na Ionie! Ale to już zupełnie inna historia…

Co było dalej? Dalej pochłonęło nas stare opactwoplaże i wzgórza po drugiej stronie wyspy. Miał wyjść z tego krótki, szybki urlop, a wyszła jedna z lepszych historii, które nam się przydarzyły – jak zwykle, kiedy przypadek dopuści się do głosu 🙂