W krainie mgieł i tajemnicy – opactwo Glendalough

img_0140

Będąc tam, mieliśmy wrażenie, że magia jest tutaj na wyciągnięcie ręki. Dolina, ruiny nad jeziorem, mgły na zboczach gór – dziś zabieramy Was na wyprawę do krainy tajemnicy Gleann da Loch!

Już sama droga do opactwa Glendalough zapowiadała, że wyprawa będzie niezła. Legendy mówią, że święty Kevin przywędrował tutaj, idąc od strony wsi Hollywood – aniołowie we śnie nakazali mu wybudować kościół i Kevin z kilkoma mnichami wzniósł pierwszą katedrę i zabudowania w dolinie nad jeziorem. U nas obyło się bez aniołów, ale również zjawiliśmy się tam od strony Hollywood – nadal niewielkiego, ale ze stosownym napisem na zboczu wzgórza. To był ten moment wędrówki śladami księgi z Kells, kiedy z półwyspu Dingle i zachodu Irlandii przejeżdżaliśmy w okolice Dublina – niemiłosierny, wiosenny deszcz trzymał się nas od samego początku, ale droga pod górę, przez mgłę i deszcz, z lasem po jednej stronie i doliną rzeki po drugiej stronie wynagradzało wszystko.

Samo opactwo leży w sercu doliny, w okolicy jezior, zwanych pomysłowo Dolnym i Górnym. Nazwa miejsca również reprezentuje dosłowną szkołę nazewnictwa –  Gleann Da Loch to po gaelicku dolina dwóch jezior. Dolinę otaczają góry Wicklow, o których nie możemy zbyt wiele powiedzieć, gdyż my akurat najbardziej pamiętamy z nich mgłę – co również miało swój niezaprzeczalny urok. Wyobraźcie sobie ten zestaw – deszcz, mgła i tajemnicze jeziora z ruinami opactwa. Naszej fantazji nic więcej nie było trzeba do szczęścia.

Choć Glendalough przystosowane jest do odwiedzin dużych ilości turystów, ma solidne centrum turystyczne i zaplecze parkingów, my dzięki pogodzie nie natrafiliśmy na zbyt wielu amatorów wędrówek. W zasadzie wystarczyło nam wyjść z parkingu i przejść obok centrum, by za chwilę, stojąc na małej, otoczonej zboczami gór ścieżce zapomnieć o całym świecie. A kiedy ścieżka skręciła nad rzekę, a za rzeką pojawiły się pierwsze zarysy opactwa, widoczne zza zasłony mgły, mieliśmy wrażenie, że właśnie zmieniliśmy rzeczywistość.

Spotkanie z Glendalough zaczęliśmy od kościółka św. Kevina. To on przywitał nas po wejściu na teren opactwa. Obok wieży, to jeden z lepiej zachowanych elementów całego kompleksu – mała, kamienna kapliczka bywa jego wizytówką. Istnieje cień szansy, że budowla pochodzi z czasów świętego, okrągła dzwonnica pojawiła się jednak dopiero ok XI w., a całość również podlegała wielokrotnym przebudowom na przestrzeni lat. Do środka nie mogliśmy wejść, ale nie oparliśmy się pokusie i zajrzeliśmy między ciemne mury przez małe okienko.

Dalej ruszyliśmy ścieżką w stronę wieży, po drodze jednak napotkaliśmy inne cudo – ruiny katedry. Do dnia dzisiejszego zachowały się fragmenty murów, w tym pięknie zdobione wschodnie okno i pozostałości późnoromańskich drzwi, ale nie trzeba więcej, by wyjść spomiędzy kamiennych ścian z wyciszonym sercem i głową wysoko w chmurach.

Kolejny punkt – wieża, stały element irlandzkiego opactwa. W przeszłości charakterystyczne, smukłe wieże pełniły kilka funkcji – zdarzało się im być dzwonnicą, zdarzało się im być spichlerzem czy skarbcem, ale najczęściej stanowiły schronienie w ramach ataku Wikingów.  A o te na terenach Irlandii nie było trudno – Wikingowie najeżdżali te strony często i ochoczo, między innymi w poszukiwaniu skarbów, kryjących się w opactwach (tak, jak na Ionie czy w Kells).

Wewnątrz wieży niegdyś znajdowało się sześć pięter, połączonych system drabin, a z okien na szczycie widać było cztery strony świata. Ponoć na tej ostatniej kondygnacji rozpalano nocami ogień, by wędrowcy w górskiej nocy nie zgubili drogi do Glendalough.

I tak nam się to spotkanie z Glendalough potoczyło, że padał deszcz, przemokło nam wszystko, co tylko mogło, a na niektórych zdjęciach do dziś mamy gustowne białe paski, które były częścią torby, w jakiej chroniliśmy aparat przed ulewą – ale nie ma zmiłuj, spacerowało się wybornie! Spacerowało się, chodziło w ciszy między grobami, mijając nielicznych maniaków, patrzyło się na mgły na zboczach i litery na nagrobkach i nawet nie chciało się zbyt wiele mówić.

Do dziś zastanawiamy się, jak Glendalough może wyglądać w słońcu, w lecie, z zielonymi zboczami gór i promieniami, które padają na stare ruiny. Być może nawet kiedyś się dowiemy – ale mimo to, te mgliste okoliczności wywarły na nas największe wrażenie. I choć pewnie za zieleni miejsce również robi wrażenie, to jednak w głębi serca życzymy Wam, jeśli tam traficie, właśnie deszczu i mgieł – żebyście mogli poczuć kawałek innego świata na wyciągnięcie ręki!

 

  • W 100% moje klimaty… dałabym się dosłownie pociąć, by się teraz tam znaleźć. Uwielbiam takie klimatyczne miejscowości, a pogoda tutaj postawiła kropkę nad i. Uważam, że w żadnej innej aurze to miejsce nie wyglądałoby tak genialnie.

  • okiemwariata.com

    To miejsce naprawdę wygląda magicznie, tajemniczo, może nawet strasznie, bo przecież nigdy nie wiadomo co się czai we mgle… Mam słabość do gór, więc krajobraz wokół mnie zauroczył, a do tego kawałek historii zaklęty w kamieniu… Ech… Pięknie 🙂