Czego NIE zwiedziliśmy w Monterosso al Mare

Untitled design(1)

Monterosso al Mare już na zawsze pozostanie dla nas Miastem Jednego Miejsca, Vernazza zresztą też – nie żałujemy jednak zupełnie! Spacer po Cinque Terre – dziś część druga!

Dziś nasza opowieść będzie miała trochę inną formę. Otóż, jak część z Was pewnie wie, w czasie każdego z naszych wypadów prowadzę dziennik. Taki oldschoolowy, zapiski długopisem w notesie – z czym mam później problem, bo moje pismo wygląda jak siedem nieszczęść, ale strasznie źle z kolei zapisuje mi się takie rzeczy w komputerze. I tak doszłam do wniosku, że przy Monterosso al Mare najlepiej będzie oddać głos tym zapiskom – wrażeniom na gorąco. One najlepiej przeprowadzą Was przez nasz spacer.

Z podróżnego notatnika:

„Poranne śniadanie w Al Begarino – leniwe, rozmawiamy z Francuzami, po drodze docierają do nas Polacy z Krakowa. I jakoś tak powoli płynie – taras, śniadanie, leniwie, nie spieszymy się.

Potem droga do Levanto – stwierdzam, że moja wrażliwość na liguryjskie trasy leci w dół na łeb, na szyję, coraz mniej ruszają mnie te zakręty na wzgórzach, wąskie drogi i inne atrakcje. Droga staje dla mnie okazją do myślenia o życiu – o tym, co robić dalej ze sobą, jakie konsekwencje jakich wyborów muszę ponosić. Takie prawdy cały czas wałkuję gdzieś w głowie, a podróż to szczególnie dobry czas ku temu.

W Levanto godzina krążenia między trzema parkingami – nigdzie nie ma miejsca. Już prawie pojechaliśmy do Monterosso samochodem, ale jedno miejsce w czasie naszego krążenia się zwolniło.Z Levanto z kolei pociągiem do Monterosso – linia kolejowa między miasteczkami Cinque Terre jest tak dobrze zorganizowana, że nie ma sensu mocować się z samochodem nad urwiskami.

W Monterosso nasza taktyka na Cinque Terre pt. „Znajdź swoje miejsce” kwitła, ale tam przybrała nieziemską formę. Otóż, wysiedliśmy z pociągu. Już w okolicy dworca okazuje się, że w Monterosso całkiem przyzwoita piaszczysta plaża jest, samo miasto natomiast ma dwie części, po obu stronach wzgórza: starą i nową zupełnie. A jak plaża, i leżaki i piasek, to ludzi milion! A co za tym idzie – plażowy klimat, taki, jakiego nie szczerze nie znosimy. Na plaży w lipcu nawet ja zamieniam się w introwertyka. Cóż było robić? Na miejskiej mapie zlokalizowaliśmy starszą część – okazało się, że jesteśmy po złej stronie wzgórza, więc nadmorską drogą ruszyliśmy w stronę tej starszej.

 

 

Droga się skończyła, my znaleźliśmy się po dobrej stronie wzgórza i ruszyliśmy pod górę. I tak jakoś wyszło, że nas jedna z uliczek nas pociągnęła – taka pod górę, niewygodna, stroma. Ale najpierw pięknie się po niej układały domy. Potem stromizna rosła, ale pojawiły się pola cytryn i piękny widok na pola, wzgórze. Potem – pola oliwek. Zakręt za zakrętem, a nas kusiło coraz bardziej. Nad polami oliwek – winnice, wzgórza, zagubione domy gdzieś pomiędzy zielenią. Extra, wchodzimy w to. Droga staje się wyłożona kamieniami, coraz mniej wygodna, ale ja podtrzymuję jedną wersję – chodźmy na górę, będą niesamowite widoki. No i tak szliśmy na górę, z pól oliwek wyszliśmy na cmentarz na wzgórzu, a tam w jedną stronę prowadziła droga asfaltowa pod górę (z której schodził facet w marynarce i z laptopem! A my tacy turyści wielce zmachani, ach-och), a w drugą, obok cmentarza, jakaś taka polna, w krzaki, z oznaczeniem, że do klasztoru kapucynów. Pierwsza prowadziła jeszcze wyżej, a druga – wzdłuż zbocza wzgórza. Chwilę postaliśmy na tym wzgórzu, popatrzyliśmy na niesamowite morze, a potem decyzja – idziemy do kapucynów! Minęliśmy zarośnięte fragmenty drogi, posiedzieliśmy chwilę, bo odsłonił się nam nieziemski widok na Monterosso. Wzgórze leżało mniej więcej w środku miasta, rozdzielało je na dwie części – z jednej więc strony mieliśmy widok na morze i plażę, a z drugiej na starszą część. A potem ruszyliśmy przed siebie i trafiliśmy do kapucynów.

 

 

Rany, co to było za miejsce! Kościółek na wzgórzu, z oliwkami przed drzwiami, z pięknym widokiem z dziedzińca – a w środku chłodno, cisza i śpiewy mnisie, chorałowe. Nie ma zmiłuj, siedzieliśmy długo, słuchając idealnej harmonii dźwięków, a potem jeszcze zafundowaliśmy sobie chwilkę w cieniu na samym dziedzińcu. Z samego serca kurortu pełnego zgiełku, hałasu, gwaru, trafiliśmy do takiego cichego i spokojnego kościółka z odwiecznymi śpiewami. Czas stanął w miejscu, my stanęliśmy w miejscu i magia była zupełna.

A potem okazało się, że na dół prowadzą wygodne, szerokie schody w sam środek miasta. He-he-he.

 

Co dalej? Vernazza, kolejne miasteczko na trasie. Na dworcu siedzieliśmy trzydzieści minut w poczekalni, upolowaliśmy ławkę. Obserwowaliśmy ludzi: podstarzałe damy, eleganckich Włochów, młode dziewczyny w bikini, rodziny z dziećmi – niekiedy z rozwydrzonymi dziećmi – taki po prostu dworcowy zgiełk. Potem przejazd i wysiadamy w malutkim miasteczku. Vernazza nie miała piaszczystej plaży, jak Monterosso – miała natomiast skaliste zatoki po obu stronach skały – jedną większą, z łódkami i inną tego typu infrastrukturą, drugą mniejszą, do której trzeba było dotrzeć przez przejście wydrążone w skale. Przy tej większej chwilę posiedzieliśmy, obserwując barwny tłum, korzystający z uroków wody. Przy mniejszej, gdzie kamienie schodziły do wody i ludzie na nich siedzieli, też spędziliśmy chwilę, obserwując młodzież, rodziny, niesamowicie niebieskie morze i wiszące nad nim, porośnięte zielenią skały. Potem przeszliśmy się chwilę po mieście, przekąsiliśmy zapiekaną bułeczkę z serem i rukolą, posiedzieliśmy na ławce przy ulicy i wróciliśmy do Levanto.

 

 

Teraz już rozumiecie pewnie, skąd taki, a nie inny tytuł wpisu. Dopiero po powrocie, kiedy sięgnęłam do przewodnika i przypadkiem natrafiłam na wpis o Cinque Terre, zobaczyłam, ile rzeczy nas ominęło: kościół San Giovanni z XII wieku, kultowy pomnik Neptuna, zwany przez miejscowych Il Gigante czy kaplica Mortis et Oriatonis. Nie narzekamy jednak jakoś strasznie – to, co nas spotkało w zamian, również miało swój przeogromny urok.

 

Mamy nadzieję, że podobał się Wam wpis! Dajcie znać w komentarzu, jak Wasze wrażenia 🙂