Święty, do którego pielgrzymują ateiści

francesco, san (4)_fb

O tym świętym wiedzieliśmy niby od dawna. Kiedy jednak planowaliśmy wyprawę i zauważyliśmy, że Umbria od Toskanii jest przecież CAŁKIEM BLISKO, stwierdziliśmy, że zajrzymy również tam – do miasta, w którym się urodził i działał.

A kiedy już to miasto znalazło się na naszej mapie, zaczęliśmy rozmawiać o tejże świętej personie i tak nas naszło, że jego ideały ostatnio całkiem wygodnie się rozsiadły w naszym życiu. Że trochę zmęczeni konsumpcjonizmem, wolimy ostatnimi czasy być niż mieć (a za myślą poszły czyny i np. spora część rzeczy, która zalegała nam w mieszkaniu, poszła w ludzi bardziej od nas potrzebujących). I tak to wyszło, że w zasadzie do tego miasta pojechaliśmy trochę szukać jego śladów, a trochę – zobaczyć, jak wygląda miasto, które wydaje na świat takich świętych.

O kim mowa? O Asyżu i świętym Franciszku oczywiście.

Zdajemy sobie sprawę, że samo hasło ‘święty Franciszek’ nie brzmi raczej jak sensacja miesiąca, ale wystarczy przełożyć sobie jego historię na język naszych czasów, by poczuć ogień. Wyobraźcie sobie taki temat: skandal w małym, prowincjonalnym miasteczku, syn bogatego kupca, grubej ryby śpiącej na kasie, odrzuca swoje dotychczasowe życie. Chłopak, znany z hulaszczego trybu życia, wracając z wojny, słyszy głos Boga w kościele San Damiano – i idzie za nim radykalnie. Posiadając to, o czym inni mogą tylko marzyć, zostawia wszystko w diabły, ogarnia sobie zgrzebne szaty i zaczyna nowe życie. Po drodze ojciec próbuje go zatrzymać, więzi w celi, ale zbuntowany syn ucieka. Po krótkim czasie idą w jego ślady inni, zaczynają się nocne ucieczki z domu – i tak złota, bananowa rzec by można młodzież Asyżu zmienia front z luksusu na zgrzebne płótno. Wyobrażacie sobie, jaki to ferment musiało wywołać? Co musiały myśleć te wszystkie grube, kupieckie ryby, kiedy po ciężkich latach pracy na dobre imię i majątek rodziny, młodzież bez zająknięcia rzucała z hukiem ten cały prestiż i szła na łąkę głosić kazania zwierzętom? No proszę Was, wyobraźcie to sobie.

Dla nas zawsze to były powszechnie znane fakty, a historia Kościoła zna takie wypadków, kiedy to młody birbant zmieniał znienacka front swojego życia. Inaczej jednak wyglądają pewne sprawy, kiedy przetłumaczy się je z patetycznego i odrealnionego języka żywotów świętych na język codzienności. Tak też nas zaintrygował  św. Franciszek, do Asyżu zatem jechaliśmy z różnymi myślami. Miało być niesamowicie i wypalająco – a jak było naprawdę?

Nasza trasa w Asyżu, źródło: Google Maps

Przygodę z Asyżem rozpoczęliśmy oczywiście od przejścia na sam koniec miasta aż do San Francesco, wielkej bazyliki z rozetą, która powtarza się we wszystkich kościołach Asyżu. Kościół trzyczęściowy – górny, dolny i grób. Bryła prosta, w środku pokryty w całości freskami i malowidłami, które nie do końca licują z minimalizmem i surowością. Jesteśmy jednak wyrozumiali – raz, że pełnił funkcję kościoła papieskiego i sanktuarium, a więc miejsca odwiedzanego przez tłumy, dwa, że freski pełniły w niepiśmiennym społeczeństwie „biblię ubogich” i były nierzadko jedyną możliwością zapoznania się z doktryną. A poza tym – tak po prostu fajnie też wykorzystywać ludzkie talenty. Dolny kościół – trochę bardziej piwniczny, mroczny, również pokryty malowidłami w całości. Największe wrażenie jednak robi grób świętego, ukryty na trzecim poziomie. Kaplica mniej zdobna, sam grób okratowany, pokryty zwykłymi kamieniami – ale moc czuć tam wielką, ludzie się modlą, a wycieczki szybko wymiękają.

 

Z San Francesco opłotkami z pięknym widokiem na Umbrię, poszliśmy do Santa Maria Maggiore. Tu już Asyż był pustszy, ale domy nadal piękne. Santa Maria Maggiore okazał się całkiem pustym i skromnym kościołem, z fragmentami fresków na ścianach. Stamtąd pod górę, wąziutkimi i puściutkimi ulicami dotarliśmy do Chiesa Nuova, miejsca, gdzie chwilę poświęciliśmy refleksji nad smutnym losem ojca św. Franciszka. Kościół wybudowano w miejscu, gdzie stał dom św. Franciszka, a raczej jego ojca, Piotra Bernardone. W kościele tym można podziwiać oryginalną klitkę, Carcere di San Francesco, gdzie tenże ojciec, rozwścieczony, zamknął św. Franciszka, by ten zmądrzał, porzucił wydumki o ubóstwie, drodze duchowej i zajął się biznesem rodzinnym. A zaraz za kościołem można obejrzeć tzw. „uliczkę z czasów Biedaczyny”, przy której mieścił się sklep sukienny Piotra Bernardone oraz drzwi, które prowadziły do domostwa państwa Bernardone.

Po Chiesa Nuova zarządziliśmy przerwę na kanapkę z porchettą, zapiekanym dzikiem w ziołach. Przysmak przepyszny, flagowe danie w tych stronach – najlepszy chyba wariant szybkiej i zdrowej przekąski, która nie spustoszy portfela. Jakoś tak wyszło, że nie namierzyliśmy żadnej kulturalnej ławeczki w okolicy, więc przycupnęliśmy na okolicznych schodach. I tak siedząc, obserwując ludzi i pogryzając kanapkę, poczuliśmy się trochę, jakby to powiedzieć, franciszkańsko.

Potem zafundowaliśmy sobie wspinaczkę na górę do kościoła San Rufino i wieży przy domu św. Klary. Tam życie toczyło się w najlepsze, samochody podjeżdżały pod stareńki plac, turyści kłębili się pod sklepikami w stareńkich domach i tylko mury pamiętają, jaki dramat musiał się tam wydarzyć, jak Klara Favarone uciekła w nocy do Franciszka. A stamtąd, już w dół i już małymi uliczkami, do kościoła św. Klary. Jaki on był żywy! Zakonnice i zakonnicy się kręci, ludzie zbierali się na mszę. W kaplicy znajdowała się ciekawostka – oryginalny krzyż z pobliskiego San Damiano, który sprowokował nawrócenie świętego Franciszka. Ludzie się przed nim modlili, wypełniając kościół gwarem – no super po prostu.

Nie da się jednak ukryć, że po przejściu Asyżu z góry na dół, z lewa na prawą, byliśmy jednakowoż trochę rozczarowani. Miasto jest ładne, zadbane, pełne gwaru, kolorowych sklepików, ruchu, turystów. Nie ma w sobie takiej patyny jak np. Orvieto, jest po prostu ładne, kamieniczki niby stare, ale odnowione – gdyby nie Orvieto i inne miasta, dalibyśmy się nabrać, że tak wyglądają miasta toskańskie i umbryjskie, ale że widzieliśmy tamte, to się nie nabierzemy.

Na całe szczęście na naszej mapie zostały nam jeszcze dwa miejsca, których nie uwzględniła nasza przechadzka po mieście – głównie z tego powodu, że są już poza jego murami. Przez krótką chwilę zastanawialiśmy się, czy w ogóle jeszcze chcemy, ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się je odwiedzić i to była jedna z lepszych decyzji tego wyjazdu.

O tych dwóch miejscach napiszemy Wam już we środę! Tymczasem dajcie znać, jak Wam się podobał wpis  🙂 A może ktoś z Was też dotarł do Asyżu? Jeśli tak, napiszcie, jakie wywieźliście wrażenia 😀

  • Katarzyna Pieciukiewicz

    Wpis jak zawsze świetny!Dotarłam do Asyżu, wrażenia też mieszane:)

  • Niestety jeszcze nnie byłem. 🙁 Jeszcze dwa miejsca. Poza murami ? Ciekawość. 🙂 Czekam na post o tym.

    • dec&dec

      właśnie się pisze 😀