#decdnia, czyli toskańskie wrażenia na gorąco

#decdnia

Nie pytajcie nas, jak to się stało. Fakty są nieubłagane: toskańskie slow motion już za nami! Zapraszamy Was na fotograficzny dziennik z naszej podróży – dzień po dniu, wrażenia na gorąco.

Pomysł na cykl #decdnia – jedno zdjęcie z trasy dziennie – zrodził się z naszej chęci dzielenia się z Wami na bieżąco tym, co u nas się dzieje. Trochę chyba przeczuwaliśmy, że z jakąkolwiek bardziej zaawansowaną formą może być ciężko. Często sypiamy w dziwnych, oryginalnych, uroczych miejscach – a takim miejscom zdarza się nie mieć dostępu do internetu. Tym razem nam się poszczęściło i w większości miejsc dostęp był, ale raz zdarzyło nam się korzystać z „pokoiku do internetu” – małego pomieszczenia w wielkim, XV klasztorze, gdzie internet raczył się pojawiać.

Stąd w czasie podróży przekazywaliśmy Wam tylko tyle i aż tyle – jedno zdjęcie i kilka słów o wrażeniach na gorąco. A żeby to nie umknęło w czeluściach Facebooka, umieszczamy je również na blogu – możecie przejrzeć wszystko dzień po dniu.

7-8 sierpnia, Zgorzelec-Szwajcaria

To były ciężkie, przejazdowe dni. Gdy się mieszka w północno-wschodniej Polsce, każda podróż wymaga jednego dnia drogi przez nas kraj. Jechaliśmy zatem do Zgorzelca, a następnie do Szwajcarii, gdzie testowaliśmy możliwości naszego samochodu w roli hotelu. Test został zdany bardzo pozytywnie, w Skodzie Fabii można nie tylko spać, ale też zdobywać góry – inspiracja na przyszłość jest.

9 sierpnia, Sankt Gallen

9.08

„#‎decdnia‬ po raz pierwszy z Sankt Gallen. Poszwedaliśmy sie średniowiecznymi uliczkami i zawitaliśmy do zabytkowego opactwa oraz jego biblioteki, która kryje w sobie manuskrypty sprzed nawet tysiąca lat. Tak, trzeba mnie było stamtąd wyciągać. A na zdjęciu: Gallusplatz i zajarana estetycznie Sylwia.”

10 sierpnia, droga przez Furka Pass

10.08

„Ten dzień załatwił nam temat adrenaliny na baaardzo długi czas. Zaczęło się niewinnie – wstaliśmy po komfortowym noclegu w obwoźnym hotelu Skoda – spanie w aucie zdało egzamin, wykorzystamy tą wiedzę w przyszłości. Przez Szwajcarię ruszyliśmy na przełęcz Furka Pass. Trochę był, bo to jednak dość wysoko (ok.2400 m n.p.m.), a ja się zawsze boję co będzie, jeśli nam samochód stanie w połowie drogi na taką przełęcz na przykład. Raczej nie zawrócimy. Samochód jednak dał radę, droga na Furka Pass okazała się niesamowicie malownicza, a jeszcze bardziej malowniczy był zjazd. Sceny z Goldfingera pokazywały zaledwie część drogi – najpiękniejszy natomiast był widok w dół, na dolinę, z drogi, która wiła się po górskim zboczu.

Ale to nie był koniec niespodzianek. Po Furka Pass wjechaliśmy jeszcze na Simplon Pass. Tutaj droga ciągnęła się w pobliżu masywów skalnych, może nie tak efektowna jak Furka Pass, ale można było podziwiać widoki, których raczej na co dzień się nie zobaczy – skalne masywy szczytów, doliny z miastami, wioseczki przytulone do skalnego zbocza.

A potem, kiedy już wjechaliśmy do Włoch z poczuciem „w końcu będzie płasko”, dotarliśmy do Ligurii i Genui, a tam dopadła nas choroba pt. „zgubiliśmy się troszkę” i objeżdżaliśmy liguryjskie wzgórza w nocy, w poszukiwaniu naszego noclegu, który finalnie okazał się być umieszczony chyba na samym końcu świata, jak nie dalej. Jeśli miałabym określić, czy bardziej stresujący był przejazd przez Furka Pass, czy przez Ligurię w nocy – nie wiem, nie powiem.

I tak też jako ‪#‎decdnia‬ wędruje to zdjęcie – Sylwia i Alpy, widok z Furka Pass.”

11 sierpnia, Al Begarino

11.08

„Jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli spędzić noc w jakimś miejscu na końcu świata, poproście o pomoc mojego męża. On Wam wynajdzie taką miejscówkę, której adresu nie ma na mapie, z drogą dojazdową szerokości średniego samochodu, gdzie mieszkańcy na hasło, że przyjechaliście tutaj z Polski samochodem, powiedzą Wam, że „you’re crazy”. Sprawdzone.

Tak właśnie mamy dzisiaj – ‪#‎decdnia‬ zatem dziś pejzażowy i refleksyjny ciut. Przesiedziałam trochę przed tym krajobrazem, patrzyłam na światełka miast i wiosek na zboczach i pomyślałam o tym, jak ważne jest żyć tu i teraz – bez całej tej gonitwy myśli, gdybań, wypominków, ciesząc się tym, co jest. Ta lekcja ciągle przede mną do odrobienia – ale czasem niewiele trzeba, żeby sprowokować dobre wnioski.”

12 sierpnia, Cinque Terre

   12.08

„Uwaga, dzisiaj ostra jazda bez trzymanki – ‪#‎decdnia‬ tak romantyczny, że aż nie wierzę, że to my. A historia z drogi jest taka: przez ostatnie dwa dni łaziliśmy po Cinque Terre, pięciu małych miasteczkach na skalistym wybrzeżu w Ligurii. Cinque Terre, poza nieziemskim urokiem, ma jedną zdradliwą rzecz: uliczki. Takie malutkie, z zakrętami, wijące się gdzieś wysoko nad miastem, które leży na klifach, więc jest wysoko i nie ma innej opcji. I taka uliczka pociągnęła nas dzisiaj – najpierw między kamieniczkami, potem obok pola cytryn, potem obok pola oliwek, potem przez jakieś zarośla, skąd roztaczała się nieziemska panorama na dół, na winnice i miasteczko. W tych zaroślach posiedzieliśmy jak durnie, patrząc się przed siebie, a rzetelni turyści, którzy czasem tamtędy przechodzili, spoglądali na nas bardzo adekwatnie. A nas goniło do góry, bo każdy zakręt był jakiś kuszący – to, nic że pod górkę i gorąco. Aż wreszcie udało nam się dostać na sam szczyt wzgórza, a tam mieścił się kościół kapucynów – chłodny, ze śpiewami mnichów odtwarzanymi cichutko. Siedzieliśmy jak zaczarowani – raz, że droga, dwa, że takie miejsce, trzy, że klimat.

A potem wyszliśmy i okazało się, że do klasztoru z samego centrum miasteczka prowadziły piękne, szerokie schody. Kurtyna!”

13 sierpnia, przejazd przez Włochy do Sinalungi

 13.08

„Dziś mieliśmy dzień przeprawy przez Włochy – ze wzgórz Ligurii przejechaliśmy do Toskanii. Pomysł omijania autostrad zdał egzamin – co prawda przejazd zajął nam trochę więcej czasu, ale mogliśmy oglądac te wszystkie zakręcone dróżki, wsie opuszczone, wsie tętniące życiem i miasteczka. Warto czasem zejść z głównej drogi, zawsze jesteśmy tego zdania.

A po całym dniu dotarliśmy do Sinalungi, gdzie zostajemy przez najbliższy tydzień. Miejsce miało byc tylko do spania, taka baza wypadowa w budynku po starym klasztorze na wzgórzu i nic więcej – tymczasem okazało się, że klasztor może jest i stary, ale działa jak najbardziej i za ścianą mamy benedyktynów, naokoło gaje oliwne, ogrody, a że klasztor stoi na wzgórzu za miastem, to i niesamowity widok na światła Sinalungi i innych toskańskich miasteczek się rozciąga. A w górę – to już tylko na gwiazdy, widoczne doskonale z kolejnego końca świata, na jaki trafiliśmy.

Dzisiaj zatem w ramach ‪#‎decdnia‬ nasz widok z okna – uwierzcie, spiszczałam się jak głupia, gdy otworzyłam okiennice.”

14 sierpnia, Montepulciano i serce Toskanii

14.08

„Dzisiejszy ‪#‎decdnia‬ z samego serca Toskanii. Po pierwsze, przypomnieliśmy sobie, po co mamy nogi – rano-raniutko wypuściliśmy się na spacer polnymi drogami wokół klasztoru, a popołudniu zrobiliśmy tylko i jedyne 20 km po zwykłej, prostej drodze (bez żadnych liguryjskich wiraży), aby dostać się do Montepulciano. To małe miasto poza słynnym winem ma również katedrę z niedokończoną, ceglaną, surową fasadą, a główna uliczka ciągnie się przez całe miasto na wzniesieniu i jest pełna ceglanych, starych kamienic z kwiatami, praniem i… kotami rozłożonymi leniwie na murkach.

I jeszcze jedna rzecz: Montepulciano leży na wzgórzu, dlatego też między kamienicami, praniem i kotami można natrafić znienacka na panoramę pobliskich dolin. Dec się zamyślił :)”

15 sierpnia, Pienza i Orvieto

15.08

„Dziś spadł nam deszcz i po raz pierwszy to Arkadiusz wyciąga nas na wędrówkę.

Ze wczorajszego dnia natomiast zostało nam wiele wrażeń – cisza starego opactwa Sant’Antimo, gdzie można kupić woreczki z pachnącą lawendą w ramach ofiary na kościół, barwny tłum na ulicach Pienzy, poczucie cofniętego czasu w Orvieto, mieście wyglądającym na wymarłe, a pełnym odgłosów zza zamkniętych okiennic. W Orvieto spędziliśmy najwięcej czasu – poza wizytą w katedrze, którą możecie obejrzeć niżej, trafiliśmy również do stareńkiego kościółka San Lorenzo dei Arai, stojącego w miejscu dawnej świątyni etruskiej. Kamienny ołtarz z tej świątyni pozostał na swoim miejscu i teraz służy do odprawiania Mszy. Kosmos niesamowity jak dla nas, spędziliśmy tam mnóstwo czasu i tylko okoliczni Włosi, parkujący swoje auta obok, patrzyli na nas dziwnie, jak wychodziliśmy – kościółek jest na totalnym uboczu, nikt tam nie zagląda, a już na pewno nie turyści.

A żeby było już zupełnie pięknie, w Orvieto znaleźliśmy wino marki Est!Est!!Est!!! – jako zdeklarowani fani Wiedźmina, musieliśmy sobie zrobić taki prezent 🙂

17 sierpnia, Volterra i wieki średnie

16.08

„Dziś temat z cyklu „Nie uwierzycie, ale…”. Po półtora tygodnia włóczenia się po bezdrożach, pustkowiach i innych dziwnych miejscach, załapaliśmy się na dzień w tłumie, zgiełku i hałasie.

Co się stało? Zawędrowaliśmy do Volterry. Plan był prosty: łazimy, oglądamy etruskie pozostałości, wpychamy noski w małe uliczki, jak zwykle. A tymczasem okazało się, że w mieście odbywa się akurat festiwal rekonstrukcyjny „Volterra AD 1398”, prezentujący życie miasta w czasach średniowiecza. Żeby to była każda inna epoka, pewnie byśmy odpuścili – ale do średniowiecza, gotyku itd. mamy jakiś niewytłumaczalny pociąg.

Co się zatem działo? W najgłówniejszej części starówki przygotowano warsztaty rzemieślników, można było zajrzeć do średniowiecznego klasztoru i podpatrzeć pracę mnichów, na rogach ulic i placach co i rusz grali jacyś minstrele, wędrowne trupy aktorskie, kuglarze, a w tłumie gości można było napotkać rycerzy, burmistrza, parobków, czy nawet czarownicę-zielarkę. Przyjrzeliśmy się również wydarzeniu z branżowej strony, że tak to ujmę, bo rozmach i dokładność wykonania strojów, warsztatów itd. robił wrażenie.
Ale i tak najlepsze w tym wszystkim było to, że trafiliśmy tam zupełnie, zupełnie przypadkiem. ‪#‎decdnia‬ zatem dzisiaj z samego środka średniowiecznej gawiedzi, reszta niebawem na blogu.”

 17 sierpnia, Asyż

17.08

„#‎decdnia‬ dzisiaj z ulic Asyżu, spod katedry San Francesco – fotka z precyzyjnej jak Terminator decowej ręki.

Dlaczego Asyż? Biorąc pod uwagę nasze ostatnie przemyślenia na temat życia, nie mogliśmy pominąć tego miasta na trasie. Znaleźliśmy w nim miejsca, które pięknie oddawały franciszkańskiego ducha prostoty i ubóstwa – jak na przykład wiekowy klasztor San Damiano, gdzie św. Franciszek przeżył swoje nawrócenie. Kościół niesamowity – położony w pięknej okolicy z widokiem na Umbrię, otoczony gajami oliwnymi, stareńki i prosty. Nasze zdziwienie niepomierne wywołał jednak temat ulubionej kaplicy św. Franciszka, Porkuncjuli. Malutka, prosta z kapliczka z pięknym, acz nieporadnym malowidłem przetrwała do dziś – ktoś jednak wpadł na pomysł obudowania jej wielką bazyliką Santa Maria degli Angeli, klasycystyczną, pełną złota i malowideł. I tak jak w niej staliśmy i patrzyliśmy na małą kapliczkę, mieszczącą się na środku przepysznej bazyliki (tak, budynek w budynku), nie mogliśmy się opędzić od wrażenia, że świat chyba nie do końca ogarnął przemyślenia św. Franciszka.”

18 sierpnia, Siena

18.08

„Tak stwierdziliśmy dzisiaj, że w czasie tej wyprawy poznajemy Toskanię przede wszystkim ze strony zapomnianych uliczek, małych miasteczek i wąskich dróg na wzgórzach – bo jakoś tak ciągną nas takie miejsca, gdzie miny mieszkańców zmieniają się w znak zapytania na widok naszej rejestracji. I naprawdę poczuliśmy się dziwnie, kiedy do Sieny z Sinalungi jechaliśmy przez autostradę. Rozumiecie, prościutka droga, nędzne widoki, ludzie gonią jak wariaci i nikt nawet nie spojrzy z konsternacją na nasze PL na tablicy, żadnych ostrych zakrętów na zboczach wzgórz… Chyba nas trochę uwiodły te pustkowia.

Przygodę ze Sieną będziemy kontynuować, na dobry początek zatem – ‪#‎decdnia‬ przekornie z głównego, sieneńskiego placu Campo.”

19 sierpnia, San Gimignano

19.08

„Jest taka scena w naszych ukochanych Gwiezdnych Wojnach, kiedy Luke Skywalker wychodzi przed swój rodzinny dom i patrzy na horyzont, na zachód słońca. Można odnieść wrażenie, że w jego głowie pojawia się wtedy tęsknota, zamęt, chęć zbadania, co się za tym horyzontem kryje – przynajmniej dla nas jego spojrzenie zawsze miało takie znaczenie.

Otóż, podobną scenę (i zapewne spojrzenia) zaliczyliśmy dzisiaj my, jadąc z San Gimignano, miasta kilkunastu wież, do Monte Oliveto, starego opactwa, ukrytego wśród wzgórz. Co dokładnie kryje się pod tymi nazwami, dowiecie się zapewne już niedługo – tymczasem w ramach ‪#‎decdnia‬ łapcie pejzaż kąsający serce, duszę i zmysł włóczykijski.

PS. Tak trochę nostalgicznie nam dzisiaj, bo jutro wyjeżdżamy już z Toskanii i zaczynamy temat powrotu – opatrzony kilkoma ważnymi przystankami, ale już w stronę domu. Toteż zupełnie inaczej jeździło nam się po tych wzgórzach…”

20 sierpnia, Aquilea

20.08

„Nie wiem, gdzie podziały się ostatnie dwa tygodnie i czemu tak szybko minęły – ale dzisiaj zwinęliśmy decowy tabor z Toskanii i wyruszyliśmy na północ, na spotkanie ze wspomnieniami.

Po pierwsze, zajrzeliśmy do Akwilei, którą przypadkiem odkryliśmy rok temu. W Akwilei stoi sobie spokojnie stara bazylika, która skrywa niesamowitą rzecz – mozaikę z V wieku naszej ery, dobrze zachowaną, pełną symboli pierwszych chrześcijan. Rok temu oglądaliśmy ją ze dwie godziny, rozszyfrowując kolejne obrazy – w tym roku miał być szybki romans, a i tak wyszliśmy po godzinie. I stąd też ‪#‎decdnia‬ – mała Sylwia i wielki kawał historii.

A po drugie, na noc zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym nocowaliśmy rok temu – gospodarstwo, które prowadzi para Włochów, zakręconych na takie same tematy jak my: domowe jedzenie, muzyka, organizowanie warsztatów i innych takich. Przy gospodarstwie prowadzą warsztat witrażownictwa, a ich kuchnia ma taką wspaniałą właściwość, że nawet jeśli zachodzimy zapytać tylko o hasło do wi-fi, to i tak wychodzimy po dwóch godzinach. Najlepsze są takie miejsca, przeczuwamy długą noc.”

 21-23 sierpnia, Nogaredo al Torre, Katowice, dom

22.08

„Widok na dziś – warsztat pracy decowej, czyli co można robić przez 12 godzin w samochodzie. Przejechaliśmy trzy kraje i już jesteśmy na południu Polski, historie się piszą, zdjęcia się obrabiają i już niedługo zaroi się na blogu.

Ostatni dzień spędziliśmy w małej wiosce we Włoszech, Nogaredo Al Torre. Przegadaliśmy dużo czasu z gospodarzami – o tzw. życiu i wszystkim innym, a zdecydowaną gwiazdą wieczoru była moja opowieść o projekcie Białystok z drewna, który współtworzę – nie podejrzewałam siebie o zdolność opowiadania o takich rzeczach po angielsku. Paola jednak była strasznie ciekawa, bo robi u siebie podobne działania i taka nam wymiana doświadczeń wyszła.

Poza tym – zakumplowaliśmy się z kotami, żyjącymi przy domu (10 kociaków nie wygłaszcze się samo, rozumiecie), wpadliśmy do pobliskiego Cividale na festiwal kultury średniowiecznej, współtworzony przez naszych gospodarzy i tak nam spontanicznie wyszedł jeden dzień podróży gratis – bardzo dobry dzień na rozmowę, odpoczynek i ułożenie się z tym wszystkim, co się działo. A teraz kierujemy decmobil do Katowic, do kolejnych dobrych ludzi :)”

A później został nam już tylko powrót do domu – mozolny, ale też pełen radości. Reszty historii oczekujcie na blogu – opowiemy Wam o niesamowitych miejscach, jakie widzieliśmy (bo #decdnia to zaledwie ułamek, ostrzegali mnie, że ciężko będzie wybrać jedno zdjęcie), o tym, jak organizowaliśmy wypad, co zdało egzamin, a co okazało się wtopą. No i przede wszystkim – po co to zrobiliśmy i co nam to dało.

Tak będzie – zapraszamy 🙂 Dajcie znać, jak podobał się Wam #decdnia – a może sami też trafiliście w te miejsca?