Zaskoczyłaś mnie, Toskanio!

Toskanio, zaskoczyłaś nas - na fejsa

W tę wyprawę wyruszaliśmy z całym bagażem wyobrażeń. Po wyprawie wiemy jedno: zaskoczenie może czaić się wszędzie. Nawet w uroczej, opstrykanej ze wszystkich stron Toskanii.

Fakty są nieubłagane – toskańskie slow-motion już za nami. O jedno marzenie, o jeden pomysł do zrealizowania mniej. Dwa tygodnie, które w naszym zamyśle miały być spokojnym eksplorowaniem przewidywalnych terenów. He, he, he.

JAK MIAŁO BYĆ?

Aby spojrzeć na tę wyprawę we właściwy sposób, musimy cofnąć się do naszego ubiegłorocznego wyjazdu. Planowaliśmy urlop w Katowicach u dziadków. Gdzieś po drodze zrodził się pomysł, żeby jechać do Wiednia, a gdy zobaczyliśmy, jaka jest odległość z Wiednia do Włoch, nie umieliśmy się oprzeć. Po drodze napatoczyła się jeszcze Słowenia, o której nie wiedzieliśmy wtedy prawie nic i tak to wyszło – zamiast do Katowic, pojechaliśmy przez Austrię i Słowenię do Włoch. Było na wariata, było nieprzewidywalnie, dla nas to był pierwszy raz.

Na ten rok mieliśmy plan jeszcze bardziej ambitny, który jednak ostatecznie nie wypalił. Jako wersja awaryjna została Toskania – miejsce, które zawsze chcieliśmy odwiedzić, którym się interesowaliśmy, oglądaliśmy. Jest to pewna różnica: pojechać w kierunku, w którym wszystkie nazwy brzmią obco, a pojechać w kierunku, który oglądało się wielokrotnie w marzeniach.

Różnica ta generuje jednak pewne ryzyko: mianowicie, dużą ilość wyobrażeń. I tak w tamtym roku jechaliśmy z pustą głową, w tym natomiast mieliśmy wrażenie, że wiemy, jak będzie.

Miało być tak: piękne doliny, po których przemieszczamy się w kółko, zatrzymując się na posiłki na kocu. Siena, w której spędzimy dwa dni, zwiedzając jej cudowności. Wyprawa nad morze i poszukiwania etruskich metropolii. No i też siedział gdzieś w nas taki oścień żalu, że jednak znamy widok toskańskich wzgórz i może będzie pięknie, ale na pewno nie zaskakująco.

A JAK BYŁO NAPRAWDĘ?

Obyło się bez posiłków na kocu, wyprawy nad morze a w Sienie wytrzymaliśmy kilka godzin – a cała reszta była zaskoczeniem.

 

Na początek: miejsca. Na powyższej mapie możecie prześledzić miejsca, do jakich trafiliśmy. Nie mieliśmy ściśle określonego planu, ale zakładaliśmy raczej zwiedzanie większych miast. W praktyce natomiast okazało się, że pochłonęła nas totalnie prowincja. Jeżdżąc po krętych, toskańskich drogach, dotarliśmy do Pienzy, Montepulciano, Volterry czy San Gimignano. Zahaczyliśmy też o umbryjskie Orvieto. W Sienie przerosła nas ilość turystów. Bardzo chcieliśmy odwiedzić Asyż z uwagi na bliskiego nam św. Franciszka – ślady św. Franciszka natomiast i ducha jego poglądów znaleźliśmy raczej w obiektach za miastem, niż w jego obrębie. Zaskoczeniem okazały się również stare opactwa – odwiedziliśmy pełne życia Monte Oliveto Maggiore, zrujnowane San Galgano z pozostałościami gotyckiego kościoła, wyrastającego wręcz z łąki i Sant’Antimo, ukryte pośród wzgórz.

Poza tym, udało nam się odwiedzić dwa festiwale kultury średniowiecznej. W Volterrze przypadkiem natrafiliśmy na festiwal „Volterra AD 1398”, a kiedy dotarliśmy na ostatni nocleg we Włoszech, do znanego nam z tamtego roku Nogaredo al Torre, okazało się, że dnia następnego startuje tam również podobna impreza. Oba na się podobały, choć z różnych względów, o czym oczywiście pojawi się notka.

Zaskoczyły nas również trasy i dystanse. Spodziewaliśmy się, że przejazd przez Alpy i wjazd na przełęcz Furka Pass będzie ostatnim momentem naszej przygody z górskimi drogami. Tymczasem okazało się, że drożynki w Ligurii czy między toskańskimi wzgórzami potrafią być równie uciążliwe, jak te górskie, a zakręt o 90 stopni zawsze takim pozostanie, obojętnie czy w Alpach, czy na zwykłym sobie wzgórku.

Do tego jeszcze w drodze ze Szwajcarii w stronę Cinque Terre zdarzyło nam się zgubić wśród wzgórz Ligurii w nocy, a przez niespodziewany festiwal w okolicy Nogaredo al Torre podróż nam się jeszcze wydłużyła. Z jednej strony warto planować, z drugiej – trzeba wiedzieć, kiedy przestać działać z planem, taki nasz wniosek.

I PO CO NAM TO BYŁO?

Ogólnie udało nam się zwolnić, choć nie tak bardzo, jak planowaliśmy. Kilka razy wyprawiliśmy się w świat bez zegarków. Wyszliśmy poza zgiełk miast, zatrzymywaliśmy się spokojnie, nie spieszyliśmy się i nie żałowaliśmy sobie posiadówek na ławeczkach czy placach.

Nie powiem, że obyło się bez stresu. W tym roku na drodze zginęła jedna osoba z naszych bliskich – bardzo namacalnie zrozumieliśmy, że można naprawdę wyjść z domu i nie wrócić. Inaczej zupełnie zatem patrzyliśmy na samą jazdę samochodem, ryzyko i bezpieczeństwo. Trochę ciężej było się przełamać, wyjść z domu – do całej gamy moich przedpodróżnych lęków i panik dołączył jeszcze jeden, ale starałam się mu nie dać.

Równie wdzięcznym tematem oczywiście był też budżet – chyba żadnej kwestii nie przedyskutowywaliśmy tak żarliwie. Ostatecznie jednak udało nam się wyjechać i nie zbankrutować, duża w tym jednak zasługa przyjętego przez nas na co dzień stylu życia. Rzeczy i meble w domu wymieniamy, gdy się popsują, a nie znudzą, jesteśmy fanami szmateksów, domowej żywności, trochę opornie podchodzimy do modnych gadżetów – stajemy się coraz bardziej sceptyczni do konsumpcyjnej rzeczywistości, przechodząc chyba powoli na stronę minimalizmu. To też kwestia priorytetów – pewnie fajnie byłoby sobie odświeżyć mieszkanie, ale wolimy odświeżyć sobie mózgi w trasie.

SAM_8117_png

Po co nam to było zatem? Żeby się przełamać. Żeby ustalić priorytety i przypomnieć sobie, jak wygląda życie poza bezpiecznym, biurowym światem. Potrzebna też była radość, płynąca z faktu, że można w podróż wyruszyć z bliską osobą – z partnerem, który poza tym, że jest małżonkiem, jest też najlepszym przyjacielem/przyjaciółką. Nasz związek zaczęliśmy od przyjaźni, która została z nami aż do dziś. W trasie jest nam z tym super, znajdzie się miejsce na życiowe rozkminy, na głupie podśmiechujki, na chwilę ciszy, bo ile można gadać i na picie wina Est!Est!!Est!!! (tak, prawie jak u Sapkowskiego) za wiedźmińskie siedliszcze Kaer Morhen.

A mówiąc metaforycznie, każda podróż pozwala nam zobaczyć horyzont poza czubkami własnych (czasem przyciasnych) butów. I to jest chyba największa wartość.

  • Katarzyna Pieciukiewicz

    Oczywiście, że czytamy! Jednym tchem!

  • Katarzyna Kondzior

    podróże życie podrasowują, to remonty wszelakie rujnują 😉

  • Justyna Wojnowska

    Taaak! Toskania! Ja jestem nieuleczalnie zakochana w małych toskańskich miejscowościach. Cieszę się, że znalazłam Wasz blog, bo fajnie jest poczytać o rzeczach sobie znanych z innej perspektywy. Ja wybrałam poruszanie się po Włoszech komunikacją miejscową, więc zamiast wyliczeń na temat benzyny będzie można poczytać o cenach biletów :) Część miejscowości, które odwiedziliście również mam w planie opisać, ale moim ulubionym miejscem w Toskanii jest Pitigliano i wpis o tym miejscu szczególnie polecam. Zapraszam do czytania i komentowania.
    http://sketchesoftravel.blogspot.com/

    • dec&dec

      oho, wyczuwam wzajemną inspirację :) do Pitigliano akurat nie dotarliśmy, także chętnie poczytamy 😀

    • Joa_ska

      A ja polecam Wam dziewyczyny miasteczko Marradi! Właśnie zaczyna się tam u nich Sagra delle Castagne festiwal kasztanów z którch Marradi słynie:) Dodam od siebie że osobiście kocham małe miejscowości za wielką gościnność ludzi:) i nie będę robić wyliczeń za przejazdy bo poruszałyśmy się autostopem co jest bardzo łatwe we Włoszech, polecam!

      • dec&dec

        będziemy pamiętać do następnego razu! podoba mi się taki wzajemny kącik porad 😀

      • Justyna Wojnowska

        Marradi wygląda interesująco. Rozważę tę opcję. A co do podróżowania autostopem, to do tej pory wszędzie czytałam, że we Włoszech nie jest to takie proste. Podobno jest tam to zakazane i można dostać mandat, więc kierowcy raczej niechętnie się zatrzymują…. ale pewnie to też zależy kto łapie tego stopa 😀

        • Joa_ska

          „No autostop” pojawia się często- widziałyśmy takie tablice przed autostradami i tam na przekór czasem stawałyśmy :) a poruszając się po mniejszych miastach Włosi się zatrzymują chociażby z czystej ciekawości „po co jedziemy do ich miasteczka, a nie do Rzymu czy Mediolanu”. :)