Furka Pass – przypomnij sobie moc natury

Furka Pass - TEN zjazd!

Informację o niej znalazłam przypadkiem, później okazało się to, co zwykle:  że to TYLKO 150 kilometrów do nadłożenia. Rozumiecie już, co było dalej, prawda?

Furka Pass – szwajcarska przełęcz o wysokości 2436 m n.p.m., na której w 1964 kręcono „Goldfingera” i pościg szykownego Jamesa Bonda wraz z jego równie szykownym samochodem. Informację znaleźliśmy przypadkiem, obejrzeliśmy rzeczony fragment „Goldfingera” – spodobało się nam. Akurat tak planowaliśmy nasze „Toskańskie slow-motion”, żeby w Szwajcarii zatrzymać się na dwie noce i stamtąd jechać do Włoch. Aby przejechać się Furka Pass, nie musieliśmy kombinować jakoś strasznie ze zmianą trasy, pogoda miała być dobra, fragment „Goldfingera” zachęcał, więc wszystko mówiło nam, żeby jechać. Wszystko, poza moją wrodzoną nieufnością do jazdy górskimi drogami, ale kto by jej tam słuchał.

Już po fakcie okazało się, że z wesołej przejażdżki śladami ikony popkultury, wyszła nam trasa, którą będziemy wspominać długo. Trasa, która nam, biurowym zwierzętom, mieszkańcom Internetu, dzieciom swojej epoki, przypomniała, jak może wyglądać świat. Jak może być dziki, niedostępny, a zarazem jak piękny. Jakie cuda i niesamowitości potrafi wywinąć natura.

Wiecie, to jest tak, że niby o tym się pamięta. Pamięta się, ogląda, wie – a jednak wystarczy spojrzeć na świat z wysokości tych 2436 m n.p.m., żeby nabrać dystansu do siebie i tego, co wydaje się ważne. Wystarczy popatrzeć wtedy na doliny i plamki domków, grzejące się w świetle słońca, by zrozumieć, jakie miejsce i rozmiar ma człowiek. A z drugiej strony również – żeby poczuć, że jeśli wjedziesz tym swoim ubogim autkiem, wąziutką drogą na wysokość 2,5 kilometra, nie zejdziesz na zawał patrząc na przepaści po jednej stronie drogi, to naprawdę nie ma co frasować tzw. problemami pierwszego świata.

Sam wjazd był trochę żmudny – od Buchs wznosiliśmy się coraz wyżej, za którymś wzniesieniem dotarliśmy na płaskowyż, położony między szczytami. I dopiero potem stromą ścianą wjechaliśmy na przęłecz, a potem zjechaliśmy tą niesamowitą trasą z „Goldfingera”, jak małe dzieci zachwyceni doliną rozpościerającą się u naszych stóp. Ja dużo mówiłam, bo zwykłam tak robić, kiedy się denerwuję, silniczek 1.2 robił co mógł, wwożąc nas na kolejne zakręty – czuliśmy opór materii.

Wiemy doskonale, że są na świecie ludzie, dla których to, o czym piszemy, jest codziennością. Dla nas nie jest – i o tym doświadczeniu Wam opowiadamy. Los nam spłatał jeszcze jednego figla. Mieliśmy w głowach taki plan, że wyjedziemy z Buchs, gdzie nocowaliśmy, wjedziemy na Furka Pass, więc tam pewnie będą emocje, a potem już do samiuteńkich Włoch spokój, cisza i spanie w aucie (oczywiście dla pasażera). Tymczasem okazało się, że po zjeździe z Furki wjechaliśmy na kolejną przełęcz, tym razem o wysokości 2100 m n.p.m. Po zjeździe z Simplon Pass przejechaliśmy do Włoch – przez moment rzeczywiście było płasko, ale Liguria powitała nas dróżkami na widok których moja nieufność zakrzyczała stanowczo. I miała zdecydowanie rację, bo w drodze na nocleg zgubiliśmy się i przez pół nocy jeździliśmy w górę i w dół, wąziutkimi drogami po liguryjskich wzgórzach, przez uśpione miasteczka, zastanawiając się, czy ta kępa krzaków to już ogród naszego pensjonatu czy nie. I tak dzień przejazdu przez Furka Pass okazał się dla nas najtrudniejszym dniem całej wyprawy, dniem męczącym i niewdzięcznym. Ale też dniem pełnym smaku, zachwytów i spotkania ze światem. Tym światem, który jest, a nie który sobie stworzyliśmy.

Poniżej znajdziecie galerię. Zdjęcia ułożyliśmy chronologicznie, tak, abyście mogli poznać tą trasę tak, jak my ją poznawaliśmy zza każdego kolejnego zakrętu. Włączcie sobie jakąś piękną muzykę i obejrzyjcie zdjęcia. Mamy nadzieję, że znajdziecie cień tych emocji, które w nas grały. Ja, przygotowując ten wpis, miałam ciarki na plecach, zupełnie tak, jak wtedy 🙂

 

Dajcie znać w komentarzu, jak Wam podobała się trasa, czy zdarzyło Wam się takie spotkanie z siłą natury? Dobrze wiedzieć, że czytacie – porozmawiajmy trochę o tym 🙂

  • Piękne. Na mnie w Alpejskich przełęczach, zdala od autostrad największe wrażenie robią ,,pozostawione” szopy. Z piachem, pługami śnieżnymi i całym sprzętem. Kilka zakrętów później, nagle wyłania się hotel. 🙂 Bajka. 😀 W jednym z takich miejsc spędziłem sylwestra. Z jednym zastrzeżeniem – nigdy więcej u makaronów. 😛 Za to widoki i wrażenia zrekompensowały częściowo dodatkowe atrakcje.

    • dec&dec

      sylwester w alpach – chyba zaczynam do tego dorastać. zamiast iść na jakąś mniej lub bardziej huczną imprezę – zaszyć się w jakimś miejscu na końcu świata, pod chmurami, na spokojnie. coraz bliżej taki scenariusz chyba 🙂

  • Ale zatęskniłam, za wolnością, za Toskanią. Pięknie : ).

  • pięknie, ja też jestem biurowe zwierzę, ale doceniam piękno i moc natury. A jutro jedziemy właśnie do Toskanii 🙂

    • dec&dec

      bo każde biurowe zwierzę musi czasem wyjrzeć zza biurka 🙂 a gdzie dokładnie jedziecie? 😀

      • Bolonia, Ferrara i Rawenna, 5 dni, czasu mało a atrakcji wiele 🙂

        • dec&dec

          najgorzej z tym czasem 🙂 dobrej podróży zatem 🙂